Cóż rzec…

Generalnie i czysto teoretycznie nie spodziewałam się, że jak pojadę na obóz w kraalu, to potem będzie mi tak dziwnie robić wpis. Dlaczego? Bo świat jest zuuupełnie inny. To jedno. A druga sprawa jest taka, że kiedy jesteś w drużynie, to możesz pisać niemalże o wszystkim, bo wiesz tyle, ile wszyscy, którzy zaglądają do twojej internetowej myślodsiewni, albo mniej. A będąc w kraalu wiesz o wszystkim lub prawie wszystkim, co się dzieje, a to = więcej niż większość, która zagląda do twojej internetowej myślodsiewni. A nie wiesz, ile człowieki chcą, żeby napisać. Nie wiem. A może by tak po prostu przestać się przejmować i stworzyć coś ładnego? Taki jest zamiar :P. Życie kraalowni jest fajne, aczkolwiek jeśli chodzi o bloga, to trochę mąci. Był wpis z harców? Nie było. No właśnie. A harce były fajne? No z mojej ciasnej, małej perspektywy bardzo :).

Będzie urywkami, bo się uobozowanie skończyło przeszło miesiąc temu.

***
Pierwsza rada drużyny ze względu na ważkie tematy, które na niej wypłynęły, skończyła się dość późno. W związku z tym kiedy się skończyła, była noc. Taka nocnoc. A niebo usiane gwiazdami. Chyba nigdy wcześniej takiego nie widziałam. No to co robi kraal, zamiast iść spać? Wyszłyśmy z lasu na drogę, popatrzeć na niebo. I to były najlepiej nieprzespane minuty mojego życia!

***

W miejscu, w którym miałyśmy obóz, nigdy wcześniej nie obozowała jeszcze żadna z drużyn. Nic więc dziwnego, że ludzie przychodzili nas odwiedzać. Nie, nie ma opcji, że przejeżdżali sobie po prostu. Dlaczego? Wcześniej leśniczy mówił, że drogą koło nas jeżdżą tylko rybacy. Aha. Ponoć tam jest ośrodek przemysłu drzewnego, ale na początku lipca “rybaków” jakby przybyło.

Miałyśmy też paru przyjaciół, którzy odwiedzali nas dość regularnie. Zaprzyjaźnił się z nami pan policjant. Raz przyszedł pan były policjant służb specjalnych, ale jak zaprosiłyśmy go na Mszę, więcej się nie pojawił… Dziwne. Pan L. przywoził nam wodę. Pan leśniczy też pojawiał się w razie potrzeby (nie ukrywajmy, mężczyzna podczas kontroli sanepidu to dość istotny element 😉 ). Ponadto mieszkałyśmy tuż przy domu P.Kukiełki, który baaardzo ułatwił nam życie dostępem do prądu. Gości i znajomych było dużo. Czasem bez zapowiedzi wpadał Pan M. Eh… “warty w nocy, Pana M. oczy, nie powrócą już…” Powiem tak, takie rzeczy tylko w lesie.

***
Tytuł sztuki: Przypadek? Nie sądzę.
Miejsce akcji: kaplica obozowa
Czas akcji: Msza Święta
Sceneria: deszcz, wręcz burza

Przebieg akcji: balon na plandece sukcesywnie roście. Nie bardzo jest jak go zlać. Zastanawiamy się, kiedy pęknie i co będzie dalej.

K: Idźcie w pokoju Chrystusa.
M: Bogu niech będą dzięki!
Plandeka: ŁUP!

Kurtyna.

***
Fabułą jest “Porwanie Baltazara Gąbki”. Znaczy jesteśmy w Krainie Deszczowców. Tak? Nie ma sprawy! Zaczęła się agapa. Lało sążnie. U 6. zerwała się plandeka. Dziewczyny wieszały plandekę na nowo. Jedno z ognisk też trzeba było rozpalić, bo zaczęło przygasać. Więc zasadniczo wyglądało to tak: pod plandeką dym i nie ma czym oddychać, poza plandeką oddychasz, ale za to, jak to mawiał Heraklit, pantha rei.

***
Wiecie, jak fajnie się robi zakupy na konkurs kulinarny? A chcecie w przyszłym roku sprawdzić? Nie ma sprawy, chętnie się z kimś podzielę mieszkaniem w ziemiance. Uomatko, co to było xD. Znaczy zasadniczo na plus, bo nieogar w tym roku bardzo mi pomoże ogarnąć w przyszłym. Już wiem, co trzeba, czego nie można, itd. itp. Tylko współczuję drużynie, którym wydawałam jedzonko. Ale nie jadły leśnej trawy, więc chyba tragicznie jeszcze nie było. Tylko za każdym razem, jak mnie spotykały jako dowolną postać fabularną, opowiadały coś o skąpej druhnie z gospodarczego… Ciekawe, swoją drogą, o kim mówiły, przecież w gospodarczym byłam ja ;). Aaaaa… Ups.

***
Na obóz nie pojechał z nami duszpasterz. Ale Msza była codziennie. I to było coś mega. Raz przyjechał xPK, innym razem inny skautowy ksiundz z rejonu Kalisz/Lututów. Jeszcze kiedy indziej jadąc z Domi na zakupy, zadzwoniłyśmy do lokalnego księdza z Kraszewic. Wszyscy się przenoszą na potęgę, on też obiecał znajomemu pomoc w przeprowadzce na inną parafię, ale właściwie czemu nie, może przyjechać i odprawić nam mszę w lesie. Przyjechał. Trafił na burzę. Wyglądał na lekko przerażonego.

Po Eucharystii zaprosiłyśmy go na jakie ciastko i herbatkę.

K: A macie tutaj jakąś kuchnię?
Lidka: No tak, tam stoi.
Księdzu oczy powiększają się do wielkości spodków.
K: Ahaa, aaaa… kto Wam gotuje?
L: No dzieci. Oczy księdza urosły do wielkości pizzy, więcej pytań nie miał. Kochany był.

***
Żaba na ogrodzenie obozowiska przygotowała sobie taśmę w biało-czerwone paski, taką, jaką ogradza się miejsce remontu w drodze albo oznacza zakaz wstępu pod groźbą nie wiadomo czego, ale z pewnością czegoś strasznego. Nie bardzo chciałyśmy się na to zgodzić, bo wyglądało to… no nieszczególnie. Ale strasznie głupio brzmi argument “nie, bo nie”. “Nie, bo to niestylowe” brzmi podobnie. Ale dziewczyny bardzo nalegały, bo sznurek im się skończył i nawet nie bardzo miałyby się czym ogrodzić. Aga więc zarządziła, że jeśli porządnie to uzasadnią, taśma będzie mogła zostać. Marta odeszła średnio pocieszona, ale trybiki zaczęły się kręcić. A jak pod nieobecność Agi Lidka im podpowiedziała, żeby zrobiły scenkę w fabule, trybiki zaczęły wyskakiwać z osi za sprawą zawrotnej prędkości. Stoimy więc sobie z Lidką przy masztach i widzimy, że coś się szykuje. Tylko że… trochę zbyt realistycznie. Marta podleciała do Agi. “Chodź. Szybko! Nie ma czasu!”. Na pytanie co się dzieje, z pasją w oczach odpowiedziała tylko “nie ma czasu!” i pociągnęła ją za sobą. Trochę się drużynowa przestraszyła. Nie dziwię się. Akcja wyglądała tak, jakby ktoś sobie co najmniej wbił siekierę w plecy… Powiem tylko, że taśma została.

***
A skoro już jesteśmy przy Żabie – fajną miały tabliczkę przy bramie: “Uwaga! Zła żaba, a zastępowa jeszcze gorsza”.

***
Na początku obozu, tuż po pionierce, zrobiłyśmy krótkie zajęcia z regulaminu obozu. Ustaliłyśmy na przykład gwizdki. Sygnały na kuchciki, obóz, ewakuację… i wizytę sanepidu. Powiedziane zostało, że jeśli będzie alarm próbny, to w ciągu dwóch najbliższych dni. Potem będzie na serio. A miało być tak: przy gwizdku sanepidowskim dziewczyny miały rzucić się sprzątać, a potem usiąść przy stoliku i grzecznie śpiewać.

Jeszcze tego samego dnia zauważyłyśmy, że ktoś podjeżdża autkiem do naszego baniaczka i bacznie mu się przygląda. Hm… instynkt drużynowej podpowiada, że sanepid. No to gwizdek. Wszyscy rzucili się sprzątać. No prawie, część w popłochu zaczęła zwiewać w las.

***

Obóz obozem, ale euro to euro – jest ważne, zwłaszcza że Polska dostała się do ćwierćfinału. Skoro więc okazało się, że coś się da wykombinować, zorganizowałyśmy wyjście na mecz. Deszcz pada. Jest mokro. Dziewczyny dostają info, że wychodzą w teren na warsztaty z topografii. Do plecaków trafia też chleb, ser żółty i kiełbaski na kolację (do zrobienia w terenie – na ognisku). Byłam zdziwiona, ale nie marudziły. Ja bym shejtowała z marszu. Wróciły póóóóóźno, ale większości chyba niespodzianka się podobała :). A myśmy siedziały z Lidką w lesie i pilnowałyśmy obozu. A jak się zaczął zamuł, to zaczęłyśmy śpiewać. Też było fajnie.

***

Chwila, moment… zarówno Aga jak i Dominika oddają po obozie drużynę, tak? Ani czwarta, ani szósta nie jest normalna, zgadza się? No to agapa nie mogła być zwykła… O planowanej akcji porwania drużynowych dowiedziałam się w ciągu dnia, ale tylko po to, żeby w nocy nie przeszkadzać. Te dziewczyny, które knuły najbardziej, przez całą depionierkę porządkowały jakąś starą szopę, która stała przy stawie. Planowały podczas agapy uwięzić tam Agę i Domi. W środku była przygotowana cała gra, która miała doprowadzić je do ułożenia hasła. Dopiero po jego podaniu mogły zostać wypuszczone. A co na zewnątrz? Czekał na nie szpaler świec i pochodni, który prowadził do zrobionego przez drużyny ciasta i sceny, na której Marta z Wiki przedstawiły scenkę o drużynowych. Potem natomiast A. i D. miały chwilę, żeby wymyślić coś podobnego o swoich drużynach. Lało, klimat był niepowtarzalny, a cała gra wyszła świetnie (razem z przenoszeniem do szopy krzesła księdza z kaplicy, żeby jedną z dziewczyn móc przywiązać do niego, podczas gdy druga była przywiązana do jakiejś wystającej ze ściany rury.

Ale wcale nie było tak łatwo. Prawie się wszystko sypnęło, bo Aga wzięła zastępowe na sąd, który trwał długo, a na ognisku u szóstej Domi prawie zasypiała i istniało poważne ryzyko, że zanim wróci knujący sztab czwartej, drużynowa 6dw zniknie w namiocie. Na szczęście właśnie wtedy, kiedy zaczynało być tragicznie, sąd się skończył.

***

Był taki czas na obozie, kiedy kraal 4dw był wybitnie Ritowy. Czemu? Aga, Marta G. i ja. Ja co prawda oficjalnie jeszcze nie w Ricie, ale całym serduszkiem już od eurojamu. Wspólna codzienna wieczorna modlitwa litanią do św. Rity? Jakoś tak na wspomnienie tego robi się ciepło w serduszku ;).

***

Był sobie konkurs kulinarny. Uroczysty obiad na cześć wyprawy poszukiwawczej w gospodzie “Pod wesołym karakonem”. Bawiłam się przednio. Warto zacząć od tego, że do książkowej wersji została dodana jeszcze jedna postać. Lidka, z którą nie do końca było wiadomo, co zrobić, została ciotką Małgosi, przybyłą z przyszłości. To jednak jeszcze nie było takie ważne. Z kochającej się rodziny (co prawda złożonej z dziadka i wnuczki, więc niestandardowo, ale kto by się tam przejmował…) stworzyłyśmy niezłą patologię. Oczywiście wszystkiemu winny był dziadek. Ale nie było źle – zastępy tak się wczuły, że Karo przekazywała pozdrowienia i wyrazy współczucia dla dziadka na radzie drużyny. Faktycznie, trochę nie radziłam sobie z moją niesforną wnuczką… Jakie ciekawe historie stworzyłyśmy? W sumie nie wiadomo, czy Marysia to Marysia, czy Małgosia, bo kiedy dziadek pojechał do Krakowa, żeby zarejestrować ją w urzędzie, kiedy się urodziła, to wrócił jakby chory, bo chodził zygzakiem i nogi się pod nim uginały, no i oczywiście nie pamiętał, co wpisał w rubryczce. A potem dokumenty spłonęły w pożarze gospody. No i tak właśnie Marysia jest MarysioMałgosią. A – jeszcze jedno. Foka zrobiła Małgosi huśtawkę.

***

Explo? Nie ma sprawy, ale kraal też chciałby mieć swoje. Tak oto odbyłam pierwszą podróż autostopem do Grabowa :). Nie ma to jak wbijać w mundurach do monopolowego, bo tylko tam są lody.

***

A jak się bawiły zastępy na explo? Świetnie. Doiły krowy i nawet przyniosły nam mleko!
Można by też poświęcić cały osobny wpis na explowe perypetie Żaby. Mają niezłą siłę przebicia. Na przykład wspominając szkolenie z urzędu skarbowego przekonały właściciela restauracji, żeby jednak wydał im fakturę. “Proszę Pana, my jesteśmy stowarzyszeniem. To co Pan sobie wyobraża, że co, że my mamy wysłać do Warszawy paragon z pieczątką?”. Żałuję, że mnie przy tym nie było.
Udało im się też przekonać biednego, przestraszonego księdza z Kraszewic, żeby odprawił specjalnie dla nich Mszę – bo inaczej nie zdążyłyby wrócić do obozowiska. “-Niee, wiecie co, musiałbym zadzwonić do biskupa i poprosić o pozwolenie, a ja na pewno nie będę dzwonił do biskupa. – Nie ma sprawy, my zadzwonimy. Nawet do papieża, jak trzeba”. Również żałuję, że mnie przy tym nie było… 😀

***

Nie obyło się bez fazy. Zachwycałam się wtedy zmywakami o wdzięcznej nazwie “Giguś” i stworzyłam urzeźbionego baranka.

***

Powstał specjalny plan obrony na wypadek odwiedzin Pana M. Miałyśmy wydawać z siebie dziwne dźwięki i całą grupą wyjść mu na spotkanie ze świecami i czosnkiem. Na szczęście to nie doszło do skutku, bo chyba by umarł z przerażenia, względnie ze śmiechu… 😉

***

Wielka Gra to w ogóle ciekawy temat. Poprzestańmy więc na tym, że wstążeczkę otrzymał zastęp Marta Szubert. Nie udało się uratować profesora Gąbki. Został pogrzebany – każdy zastęp dostał na pamiątkę zmywak, żeby duch profesora mógł przetrwać aż do następnego obozu. Jednak dziewczyny obroniły honor – na następny dzień rano przygotowały przedstawienie, w którym udało się ocalić Profesora. Co prawda nie kontynuowałyśmy wielkiej gry, ale za to dostały wcześniej obozowe koszulki.

***

Kolejna ciekawa akcja dotyczy mielonych. Kto był, ten wie – ja się rozpisywać nie będę. W każdym razie konotacje narnijskie i tworzenie w nocy w namiocie listy zakupów dla 6dw jest wciąż żywe i stoi przed moimi oczami :D.

***

Dobrze. Wydaje mi się, że to, co najważniejsze, to zawarłam. I jestem z siebie dumna, bo dziura czasowa między obozem a dziś jest duża. Z pozdrowieniami dla tych, którzy już nie mają wakacji. Macham.

Atram Trebusz.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: