Fajnie zaczynać od środka. Więc początek wpisu brzmi jak środek. Proponuję się nie przejmować ;).

Zlot był super. Wróciłam nakręcona, chociaż też tak padnięta, jak po obozie letnim. Mechanizm zadziałał tak samo. Wpadłam do domu, zjadłam obiad, weszłam pod prysznic, który był prawdziwą rozkoszą, a następnie poszłam spać na trzy godziny. Rajskie trzy godziny. Przed nimi wyglądałam jak zombie, a podejrzewam, że też podobnie się zachowywałam, mówiłam… W każdym razie przytomna byłam średnio. Chociaż jak mama spytała, czy w ciągu tego weekendu przespałam chociaż osiem godzin, musiałam, zgodnie z prawdą, odpowiedzieć twierdząco. Podejrzewam, że przespałam ich nawet 10. Co nie zmienia faktu, że dla mnie to dużo za mało ;).

Dojechałam do Bolesławca razem z 6dw, bo końcówka czwartku zleciała na rodzinne świętowania. Ad.1: pierwsze zdanie w tym paragrafie oznacza, że mój pociąg odjeżdżał z dworca o 06.09. A skoro skończyłam się pakować i przygotowywać ok. 00.00, no to możecie sobie policzyć, że wyspałam się średnio. *Ubytki w mózgu zaczynają rosnąć*.

Do szkoły dotarłyśmy wtedy, kiedy cała reszta wrocławskiej ekipy dopiero zaczynała żyć. Pobudka, ubieranie się, apel, śniadanko. Takie tam. No i apel – w końcu jechałyśmy tak wcześnie właśnie po to, żeby na niego zdążyć. Na apelu jednak nie byłam, bo odkrywałam kolejne piękne aspekty bycia przyboczną – konkretniej: aspekt opiekuńczo-pielęgniarski ;). ¼ Czapli nam się rozchorowała, więc smuteczek by był, jakby to 25% zostało w szkole samo.

Zaczął się piątkowy maraton: *jestcośdozrobienia,powiedzmyżemamtoprzygotowane,alegeneralniejesttegodużoipozdrawiam*. Najpierw w sumie lajcik. Czas dla drużyn nawet spoko. Zrobiłyśmy śpiewogranie, od połowy którego znów siedziałam sobie z Faustynką. Myślę, że dobrze, że wcześniej byłam Hathim. Jakoś to trochę ułatwiło w tym momencie kontakt z tą małą kupką nieszczęścia… 😉 Ze śpiewogrania musiałam jednak wyjść, żeby ostatecznie załatwić nam miejsce na Msze. Podchodzę do kościoła, pod którym stoi skautowe autko. Hm… ciekawie. Naszego duszpasterza nie podejrzewałam o zaklejanie sobie wehikułu nami. Nie było to też auto ks. Grzegorza… Trafiłam na końcówkę poprzedniej liturgii, poczekałam, poszłam do zakrystii… i pokochałam miejscowych księży. Zasadniczo ks. Proboszcz, z którym rozmawiałam, zapomniał im przekazać, że się z nim umawiałam. Ale się zgodzili. Bez problemu. No kocham ludzi, bo trzeba by było kombinować mocno z naszą Eucharystią, jakby nie wyszło. *A w zakrystii wisiał skautowy plakat*.

Po obiedzie przyjechała Julka i przyszedł czas na wspólne gry i zabawy. Fajnie, że większość z tych, które przygotowałam, była do przeprowadzenia na dworze, a spadło trochę śniegu i ogólnie było ciut zimno. No ale nic, usiadłam z godną reprezentantką młodego ognia i wspierana przez nią psychicznie powymyślałam trochę więcej zadań na „w środku”. PS – zabawy, które są super dla dwudziestu osób, niekoniecznie sprawdzają się przy 80. Ale to szczegół. Przy współudziale Domi i Julki jakoś się udało, a wieczorem na radzie się dowiedziałam, że niektórym nawet się podobało J.

Kolejny punkt powiedzmyprzygotowany w moim maratonie, to warsztaty dla kronikarek. W jednej trzeciej były improwizacją, ale też dostałam feedback, że w sumie fajne. Co robiłyśmy?

Najpierw burzę mózgów, szukając odpowiedzi na pytanie, jaka kronika i jaka relacja jest dobra. Potem dziewczyny samodzielnie albo w parach pisały relacje „inne niż standardowe”. A kiedy już stworzyły raport z tajnej misji, opowieść na p, tekst zamknięty w rysunku i wywiad, pokazałam im przewodniczkowe przykłady. Przydał się tekst Karoliny o pewnej połamanej pannie z Białego Dunajca i opowieść Kai o akcji ataku przewodniczek na Rudawy Janowickie. Nie zabrakło też kroniki Faisana z CEP-u 2016 – w końcu nie każdy jest w stanie wymyślić, żeby narysować członków zastępu jako króliki J. Na koniec jeszcze tworzyłyśmy jedną, wspólną relację, w ten sposób, że każda z nas dodawała po zdaniu. Ale nie, wcale nie dowolnym. Oprócz pierwszego, każde zaczynało się na przemian od „na szczęście i od „niestety”.

Sporo osób przyjechało jeszcze na te warsztaty… Aga, Dorotka, Domi. I dzięki obecności Doris mogłam sobie zaliczyć patent (;!

Tutaj w sumie skończyła się praca stricte moja tego dnia, choć przez cały dzień w wolnych chwilach kończyłam wyszywać wstążeczki. Ogarnęłyśmy jeszcze tylko kraalowe scenki na świeczysko, wprowadzające w fabułę gry. Rozkaz zwolnienia Józefa Piłsudskiego i Kazimierza Sosnkowskiego z więzienia w Magdeburgu został zniszczony przez osobę, która miała go dostarczyć. Trzeba było go odzyskać. Zostałyśmy ocenione przez surowe jury („twoje harcerki patrzą na ciebie”? J) pozytywnie, choć „musimy poćwiczyć nad głośnością i dykcją”.

Poszłyśmy spać dość późno. Rada drużyny, ciągnąca się jak, nie przymierzając,  dobrze zrobiona mordoklejka, rada kraala…

Sobota miała być dla nas luźniejsza. Dziewczyny na grze, a my, każda po godzinie (oprócz Julki, która została łapaczem) na żywych punktach. Otrzymałam w darze pierwszą pomoc. Złamanie otwarte i krwotok z głowy. Zabawne było to, że aż dwa razy (na pięć – skuteczność 40%) ludzie się przy nas zatrzymywali i pytali, czy coś się stało i czy nie trzeba pomóc. Z hitów tego punktu wymienię Karolinę, która stwierdziła, że jej zimno (akt bezwzględnie bezprecedensowy) i Renifera, który koło mojej „kości” (długopisu) położył drugi długopis, żeby usztywnić, na zasadzie „czym się strułeś, tym się lecz” i cisnął z oleju konopnego, ponoć dobrego i na raka, i na autyzm.

Zzzzzzimno było. I okazało się, że jednak umiem szczękać zębami… Po moim punkcie poszłam na dworzec, żeby kupić nam bilety powrotne. Ciekawie się człowiek czuje na punkcie, kiedy ma świadomość 1000zł w torbie… Pech chciał, że trafiłam na przerwę w pracy kasy. Szczęście, że na jej końcówkę. W każdym razie przez 15 minut siedziałam na dworcu i trzęsłam się tam. Był tam też automat z ciepłym piciem, ale niestety moje drobne wyparowały, a jakoś się bałam zapytać ludzi, czy nie chcą mi rozmienić dychy. No cóż. Bałam się, no to marzłam :P. Na własne życzenie, więc jakoś przeboleję ;).

Po grze w sumie było wolne. O 14.30 wyszłyśmy na Mszę. Przyjechał ks. Jan. Dziewczyny po warsztatach liturgicznych służyły. I… ok, jestem tradsem, więc służące dziewczyny to nie do końca moje klimaty, ale trudno, żeby w drużynie harcerek znaleźli się harcerze. Więc jakby ktoś miał wątpliwości, to to akceptuję ;). I super było patrzeć, jak w końcu służący ogarniają od początku do końca, co mają robić. I robią to porządnie. Bardzo mi się to podobało.

Po mszy poszłyśmy podziękować ks. Proboszczowi, a Nati zabrała dziewczyny do szkoły. Urocza była czwarta. Ola kazała im zostać (czyt. nie rozpraszać się), więc kiedy druga i szósta poszły za Basią, one wciąż stały pod kościołem. Dopiero kiedy Ola pozwoliła im iść, to się ruszyły :D.

Wieczorem czekało nas jeszcze zakończenie gry scenką uwolnienia Piłsudskiego (pozdrawiam jedzenie sztućcami żelków z nutellą – myślę, że będąc zielonym szefem trzeba być otwartym na tego rodzaju akcje), a następnie wyprawa do kina na film-niespodziankę. Dziewczyny nie chciały uwierzyć.

Puszczono nam trzy filmy. Pierwsze dwa były takie pięknie, że rozładowały dowolne i wszelkie istniejące w tym momencie napięcia, z różnych względów, atmosferę. Śmiech łączy, o tym mogę zaświadczyć z całą pewnością ;P. Dowiedziałyśmy się, że Bolesławiec jest idealnym miejscem na inwestycje. Ma drogi, drogi, jeszcze nowsze drogi, odrestaurowaną linię kolejową i jest blisko granicy. Drugi natomiast nazywał się „Cisza” i, jak to ktoś powiedział na radzie 2dw „Jednym się podobał, a inni poczuli się nim głęboko zażenowani”. W każdym razie siedząc w ostatnim rzędzie lałyśmy ostro i z jednego i z drugiego.

Ze względu na trzeci została z nami Julka. Reżyser. Dziewczyny zrobiły coś super.

Otóż: Basia nakręciła film, w którym główne role zagrały dziewczyny z 4. i 6. – Karo, Marta, Wiki i Julka, każda z nich ze swoim fabularnym partnerem – z harcerzami i wędrownikami z naszego środowiska. Zakochałam się, choć może jakiś super wybitna produkcja to nie była. Ale lubię taki klimat.

Film opowiada o drużynie, która w niewiadomy sposób cofnęła się do czasów drugiej wojny światowej i została wzięta za oddział, który miał przyjść z pomocą walczącym. Dziewczyny poznawały świat, w którym się znalazły. Uczyły się działać dla Polski, ale przede wszystkim wspierać się, kochać i przyjaźnić w czasach wojennych. Film pokazywał też kilka scen akcji, na które został wysłany ich oddział, ale ważniejsze było to, co działo się między nimi. Miłości, cierpienie po utracie przyjaciół… Trafiła też do mnie scena pożegnania pary, mającej trafić do innych grup. On jej daje swój krzyż. Ona jemu kreśli krzyżyk na czole. I mamy nastrój takiej pięknej intymności, bliskości i więzi… *Tak, włączył mi się sentymentalizm*. Inna kwestia, którą oceniam bardzo na plus, to muzyka. Taki Dom o zielonych progach na przykład.

Jasne, że widzę też minusy. Ale bardzo podoba mi się inicjatywa. Podejrzewam, że spędzili nad tym dużo czasu. I nie mogę uwierzyć, że serio przyszło im do głowy, żeby zrobić coś takiego. To jest niestandardowe. Wymaga ruszenia się. I dlatego jest świetne. Naturszczykowska gra aktorska nawet nie przeszkadza, chociaż jak ktoś zna Zawiszę, to takie szczegóły jak magiczne zmiany funkcji grających w środku filmu dają się zauważyć. Fajne jednak jest przesłanie. I magia. Bo to chyba urzekło mnie najbardziej. A przesłanie ważne. Chociaż nad takimi rzeczami muszę się pozastanawiać zawsze trochę dłużej ;). Nie wiem, czy możemy idealizować przeszłość, choć nie odmawiam zasług partyzantom. Na pewno jednak, przynajmniej na mnie, takie filmy działają inspirująco c;.

https://www.youtube.com/watch?v=o02f7qa2Yq4

https://www.youtube.com/watch?v=qZKCet3JOTc

Tej nocy też nie udało nam się wyspać. Samą adorację z naszą drużyną skończyłyśmy ok. 23.00. A już zamulałyśmy, żyjąc od rana… ;P Potem rada drużyny, czekanie na Asię, żeby zrobić radę kraala i ocenić grę. Nasza drużyna zrobiła takie śliczne kroniki… No i oczywiście miałyśmy bekę życia czytając wpisy z pamiętnika Józefa Piłsudskiego ;). Ale przynajmniej potem można było iść spać, bo Nati obszyła większość wstążeczek w ciągu dnia, za co ślę serdeczne podziękowania.

Aha, z tym iść spać, to nie do końca. W trakcie oceniania przyszła chyba Ema, żeby zawołać Olę, bo ktoś z drużyny źle się czuł. Tja, jasne. Kiedy sprawdzałyśmy ostatnie zadanie, przyszło ich więcej. Pokazały mi zdjęcie związanej drużynowej i oznajmiły, że żądają okupu pod postacią słodyczy. Wolne żarty. Spać mi się chciało, trzeba było skończyć grę oceniać, więc powiedziałam, żeby przekazały drużynowej życzenia dobrej nocy i zamknęłam drzwi. Aczkolwiek po ocenieniu gry do końca ruszyłam na odsiecz. Napełniłam moje wielkanocne jajka wodą i poszłam do czwartej. Powiedziałam, że mam broń, więc mają 30 sekund na wydanie jeńca. O dziwo, od razu wyniosły mi krzesło z Olą xD. Trochę mi zajęło rozwiązanie jej…

Pobudka rano była bolesna. Znowu. Ale po powrocie do domu, jak już wspominałam, odespałam J. W każdym razie niedziela też nie obyła się bez przygód. Pomyliłam godziny Mszy w sanktuarium, więc trzeba było trochę zmienić plany. Apel kończący był przed Mszą na Rynku. Wygrał Chart, ale Czapla była druga, więc jestem superdumna.

Największą przygodą tego dnia było chyba jednak sprawdzanie biletów. No serio…? Trwało przez całą podróż. Skończyło się (na szczęście tylko) na tym, że zostałam pouczona o konieczności posiadania dokumentów uprawniających do zniżki. Trzeba coś wykombinować, żeby dziewczyny miały legitymacje. Sprawdzać je wcześniej. Bo jak już się okazuje, że część nie ma legitymacji przy sobie, część nie posiada w ogóle albo jakoś tak zapomniało podbić, to randka z kierownikiem pociągu nie należy do najprzyjemniejszych doznań… A najgorsze w tej sytuacji było to, że strasznie chciało mi się spać ;P. Więc przebolałabym sprawdzanie, czy każda legitka jest podbita, tym bardziej że, koniec końców, nie musiałyśmy nawet dopłacać do normalnych biletów. Ale to wszystko działo się w stanie mobilizacji niewyspanego mózgu. Ogólnie nie polecam, choć było niewątpliwie emocjonująco i pobudzająco  xD.

Zlot był super. Lubię to. I daję okejkę (y).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: