Nie jest dobrze, Bob. Nie-jest-dobrze…

To, że powstaje wpis, świadczy o dwóch rzeczach: 1) wyjazd był dobry, 2) mam czas, żeby opisać go po mojemu. Oba warunki zostały spełnione. No to lecimy :).

Zaczęłyśmy ogarniać zimowisko naprawdę dosyć wcześnie. Chyba jakoś tuż po zlocie. Więc zdążyłybyśmy ze wszystkim bez problemu. Co nie zmienia faktu, że zasadniczo ostatecznie obudziłyśmy się na dwa dni przed nim, kiedy wszystko było pięknie pre-przygotowane, ale do końca… no, trochę mu brakło. I wtedy zaczęło się ogarnianie na poważnie. Do cateringu co prawda dzwoniłam i załatwiony, ale trzeba doprecyzować – cena, liczba osób, sposób dowozu… faktura, godziny. A poza tym fajnie byłoby się dogadać z księdzem z Kotowic. Dzwonię, dzwonię, dodzwonić się nie mogę. To zostawiam wiadomość na sekretarce. Odzywa się. Dość późno się dowiedział, ale żeby otworzyć nam kościół, przestawia swój grafik. A co z zakupami? Kamila ogarnia dla wszystkich, czy w końcu robimy własne? A jak się ma jadłospis? Dlaczego raz ilości są podane na zastęp, a raz na drużynę? Co się dzieje… A jak ma się sytuacja z apelami ewangelicznymi? Czyżby ciągle brakowało jednego, bo wena przez miesiąc twierdziła, że przychodzenie nie ma sensu? Ogólnie nie polecam. Wielką grę trzeba dokończyć. Tak samo zresztą jak olimpiadę. Aha, wypadły nam warsztaty Łosia. I godziny mszy trzeba było przestawić. Znaczy mamy dziury do zapchania. Czym?

Przed chwilą prawie zrobiłam pożar… Zasadniczo tak, ogień jest fajny i niech płonie. Ale niech nie przegina… Wciąż nie wiem, co właściwie się stało, ale jak chcecie spalać drewniane koraliki w tea-lighcie, to może tego nie róbcie, tak na wszelki. Więc jako podsumowanie tych ostatnich zdań i poprzedniego akapitu powiem krótko: ogólnie nie polecam xD.

Początek we wtorek – dla nas o 15.00, dla harcerek o 16.00. Kiedy skończyłam się pakować, uczucie było osobliwe. Coś w stylu “wow, to już – już po wszystkim – wszystko załatwione – jestem gotowa”, a potem natychmiastowa konstatacja – “Ej, Ty ulgę czujesz? Jeszcze się nawet nie zaczęło…”

W każdym razie po obiedzie wsiadłam w moją Toyotkę, tata dzielnie koło mnie, no i zasuwamy do Kotowic. Dotarłam :). I nawet cisnęłam 70/h ;P.

Zaczynamy. Pierwszy dzień mija na lajcie. Chociaż zaczyna się od podziału sal. Generalnie Kotowice myślały, że będzie nas 20. Jest 35. A 2 klasy wyłączone, bo międzylecie i remontoskręcanieławek trwa. Ale dałyśmy radkę. Gromada została z największą salą – Akela i Bagheera dostały pokój nauczycielski obok, a nasze dziewczyny zostały podzielone po 2 zastępy na 2 sale. Zielony Kraal natomiast, czyli Ola, Mery (gościnnie, bo OMP) i ja, zgarnęłyśmy pokój pedagoga na końcu korytarza (taki z sofą i kącikiem złości).

Śpiewogranie to raczej niewielka filozofia, szczególnie kiedy niekraal prowadzi ;P. Potem krótkie warsztaty z zakładek. Kraalowe, ale awaryjne na zapchajdziurę. Faktycznie może mało ambitne, ale lepsze niż nic. Rozwiniemy się. I hope. Alternatywą była gra z azymutów, ale żadna z nas ogarniając akapit drugi już nie miała siły jej przygotowywać…

Zostało więc duuużo czasu na zaliczanie zadań i świeczysko. Koniec dnia. Kraal wyjątkowo poszedł spać chyba nawet przed północą? Nie… to jest aż nieprawdopodobne, leżę i nie wierzę. A nie, nie przed północą, bo był sąd honorowy z przyrzeczeniami. Ale w każdym razie wcześniej niż później. A to się ceni. Nieważne, że po sądzie kompletowałyśmy jeszcze dzienniki zajęć… ❤

Brak snu dał się we znaki, ale objawił się w dziwny sposób. Otóż kiedy szłam korytarzem, żeby obudzić dziewczyny, to nie byłam w stanie iść prosto. Trochę za bardzo w prawo, potem trochę za bardzo w lewo… Naprawdę, jedyne, co piłam, to niesfermentowany sok owocowy i herbata.

W każdym razie strasznie się bałam tego dnia. Dlaczego? Bo szykował się maraton. Miałam rano ogarnąć do końca obiad, potem prowadzić kraalowe gry i zabawy, potem po śpiewograniu prowadzić warsztaty z gąbkowych piórniczków, następnie widzieć się z księdzem, któremu późno dałam znać o naszym przyjeździe (nie, ta schiza nie jest logiczna, ale była ;P <3) i jakoś ogarnąć, żeby ks. Jan wiedział, co i gdzie, a potem prowadzić olimpiadę. Jeeeej!

Nie było źle. Gry i zabawy miałam przygotowane i nawet zawoluowane fabularnie. Nawet nie wykorzystałam wszystkich, bo nie starczyło czasu. Na szczęście element mnie zwany “overprepared”, który czasem się ujawnia, wyszedł mi na zdrowie ;). No i “karuzela” pokazała, że 1/3 Foki otwarła się trochę bardziej niż zwykle. Jeju, to było mega… No bo sceną zawładnęły zastępowe (i czołowa Czapli – jakże by inaczej ;P). I zasadniczo to one się zmieniały – ale widziałam, że ludziom się podoba, więc zabawy nie przerywałam. Aż w końcu weszła i Aga. Jejku. Jakie kochane (;.

Potem przerwa na śpiewogranie, w czasie którego mogłam chwilę odetchnąć. Uff… Ale nadszedł i czas warsztatów. Wyszłam z kraalowni obładowana muliną, piankami, klejami, szablonami, szpilkami, zamkami i sama nie wiem, czym jeszcze. Chyba bym nie dała rady, ale Karo wyzwoliła mnie od części <pięknie dziękuję 😉 >.

Warsztaty poszły całkiem zacnie. W takich manualnych każdy pracuje w swoim tempie, więc możesz do każdego podejść wtedy, kiedy tego potrzebuje. Niektóre piórniczki powychodziły śliczne. No i ogólnie warsztaty chyba się podobały, więc tym bardziej mi miło.

Obiad. Msza. Miły ksiądz z Kotowic nawet nie bardzo miał potrzebę ze mną rozmawiać, więc w sumie chwała Panu. Podeszłam do niego z ks. Janem, ale doskonale poradzili sobie we dwójkę, więc stałam w odwodzie. No i nasz duszpasterz świetnie się sprawdził w tłumaczeniu służbie, jak ma służyć ;). Po Mszy świętej teoretycznie był jeszcze czas na olimpiadę i coś w stylu banderek. Ale że coś nam się przedłużyło, to na szczęście tych banderek nie musiałam ogarniać. Po prostu olimpiada została zrealizowana w 100%. I dobrze. Po niej świeczysko. Zastępowym wyznaczyłyśmy godzinę rady, a czołowe poprosiłyśmy, żeby zostały i pomogły nam posprzątać. Wszystkich innych wyrzuciłyśmy z sali, a czołowe poprosiłyśmy, żeby zjawiły się w sali świeczyska za piętnaście pierwsza i zrobiły to tak, żeby zastępy nie ogarnęły, że coś się szykuje. Tak, wielka gra na propsie.

RD.

Oczywiście harcerki nie lubią spać, więc gra nocna trochę się przesunęła. Porwałyśmy czołowe i zamknęłyśmy je w składziku na sprzęt sportowy.  Drogę do nich wskazywały fioletowe wstążeczki, a drzwi otwierała odpowiedź na zagadkę. Ze wstaniem były problemy – “To nie moje dziecko, ja idę spać” ~ taki jeden z tekstów. Chociaż wszyscy już byli trochę chorzy i trochę niewyspani, więc się nie dziwię, że entuzjazmu nie było ;P. Najszybszy był Bóbr. Po nim Foka, Czapla, no i Żabcia, która miała największe problemy ze wstaniem ;). No i nadszedł czas na upragniony sen aż do rana, ale nie dla wszystkich. Trzeba było rozłożyć wielką grę.

Część nocna skończyła się przed drugą. No to Kraal ubiera się cieplej, aczkolwiek pozostaje w piżamkach, no i rusza z gazem pieprzowym na podbój Kotowic. Tak, brak snu zdecydowanie daje się we znaki. Nie, wcale nie zataczałyśmy się ze śmiechu stojąc przy kuble na śmieci. Dobrze, że o tej godzinie większość ludzi we wsi śpi… 😀 No i jeszcze do kompletu moje szałowe czerwone spodnie w kratę. No piżamka, jak piżamka, ale chciałabym zobaczyć się w tym momencie oczami osoby z zewnątrz. Btw, jakiś samochód tamtędy nawet przejechał ;P. Wróciłyśmy przed czwartą. (Nie żeby Ola mówiła, żebym nie przesadzała, kiedy na początku rozkładania zadań zaczęłam śpiewać “Czwartą nad ranem”).

Mery została, bo układ był następujący – ona rano budzi zastępy, wysyła na rozgrzewkę i wydaje im śniadanie, a my śpimy. Układ dobry, nieidealny, ale nic idealne nie jest.
Dziewczyny zaczęły chorować, więc wysłałyśmy drużynę do kościoła razem z Kamilą, chore dziecko decydowało się, czy idzie, czy zostaje permanentnie, a myśmy się spóźniały.

Niewielka strata – ks. Jan miał po drodze serię niefortunnych zdarzeń, i jak miał być o 9.30, tak był ok.10.00. Najpierw ludzie w kancelarii, których nigdy nie ma, a potem przejazd kolejowy i 20 minutowy korek. W skali drogi Wrocław – Kotowice, 20 minut to dość sporo. Ale nie jego wina. Tylko ja trochę miałam spinę, czy skoro msza nam się przesunęła o pół godziny, to czy wciąż możemy ją mieć (czyt. czy miejscowy proboszcz nie musi zamknąć kościoła i gdzieś jechać). Poszłam nawet na plebanię, żeby zapytać. Nie bolało aż tak bardzo, chociaż wciąż mam trochę problem z robieniem takich rzeczy. Proboszcz w ogóle wyjechał, więc nie wiem, kim był ten Pan, który mi otworzył. Grunt, że kościół miałyśmy, do kiedy chciałyśmy :).

Po Mszy dziewczyny ruszyły na wielką grę, a my, po chwili, zebrałyśmy się na punkty osobowe. Byłam Willem, którego zastępy miały podejść nieusłyszane. Działało to tak, że kiedy widziałam, że jakiś zastęp się zbliża, zamykałam oczy i siadałam na skraju przystanku. No i wskazywałam palcem osobę, którą słyszałam. Tym sposobem przez dłuższą chwilę śledziłam moim paluchem wskazującym jakiegoś mieszkańca Kotowic, który chyba miał mocną rozkminę, co się dzieje. No tak. On miał rozkminę, a Czapla miała bekę ;).

Wracałam z półprzymkniętymi oczami – może mój mózg wziął to za namiastkę snu, nie wiem…

Punkt Oli – Gilana z pierwszą pomocą – tak bardzo #włóżwoparzenieróżaniecodpapieża #napewnopomoże #prawiejakchart #czaspogrzebaćofiarę (Naprawdę. Przykryły ją/go całunem). Przecież mówię, że #zupełniejakchart

Na punkt o 14.10 kończący pierwszą część gry zgłosił się tylko Bober. Szkoda, że nasza ekspresja twórcza nie doczekała się większej publiczności. Ja – kalkar – dziecię w futrze, z potarganą czupryną, czyli nieprzymierzając wkurzony Hagrid i zwiewający przede mną Halt. Tak, świetnie się bawiłam, rycząc na całe gardło. Przy próbie generalnej również płakałyśmy ze śmiechu. W każdym razie Bober przegonił Kalkara buczeniem.

Po obiedzie przyszedł konkurs kulinarny. Przyszłyśmy na górę, żeby wszystko przygotować. Kiedy skończyłyśmy, zrobiłam sobie leżakowanie na dywanie. Ponoć błogostan na mojej twarzy był widoczny. No bo kurczę, no… SPAĆ. Tego domagało się ciało. Rozumiem, że kawa. Kawa na propsie, szczególnie do śniadanka. Ale 4,5 godziny snu? 5,5 godziny? NIE. Nie wiem, jak to zrobimy, ale Kraal musi spać. Mam nadzieję, że na obozie się uda… Tam niby się da.

Zostawiłyśmy zastępy na górze, zeszłyśmy do siebie i zaczęłyśmy ogarniać kolejną część gry. Etap szybkich pytań, po które zbiegają na dół, przychodzą do nas, żeby je zaprezentować i wracają po kolejne. Poszłyśmy je z Mery rozłożyć, ogarnęłyśmy z Olą kod kurierski, rozpisałam tekst do nadania, odzyskałyśmy na chwilę miotacz ognia.

Zaczęły się prezentacje. Ocenianie tego konkursu było chyba najgorsze ze wszystkiego…
Pierwszy deser – Foka. Jemy. Mniaaaam. Prezentacja średnio.
Drugi deser – Czapla. Prezentacja woow. Z gitarą. Zwiadowczo. Takie wowow. I “mizernie” ozdobione ;). Jemy. Mniaaam. I wygląda też mniaam. Z jabłka zrobiły łabędzia. Trzeci deser  – Żaba. Prezentacja ładnie. Czy w fabule, czy nie, zdania były podzielone. Na wierzchu takie piękne coś wycięte z jabłka… No jej. Jemy. Mniam.
Czwarty deser – Bober. Prezentacja – Zwiadowczo na stopro. Jemy. Uomatko. Yummi.

No i weź tu teraz człowieku oceń. Kiedy wszyscy zrobili świetny deser. To było trudne, krótko mówiąc. Chyba skończyło się na remisie. Ale spoko, różnica z następnym w kolejności zastępem to 0,5 punktu. A do następnego kolejne 0,5. No cóż, rozstrzygnięcie kulinarnego musiało poczekać do sądu honorowego.

Na kolejnym etapie gry świetnie się bawiłyśmy :D. Wszystko działo się bardzo dynamicznie. Ekspresja szalała. Foka przy każdym zadaniu miała nam coś do zaśpiewania, tak FOKA. Ale inne zastępy też. Bober pierwsza pomoc tak super, że skromne brawa.

Kiedy na dworze zostało do znalezienia już tylko jedno zadanie (którego potem z Mery, mimo szczerych chęci, nie mogłyśmy znaleźć), szefowe zastępów zostały poinformowane, że na zewnątrz czeka na nie jeszcze jedno zadanie. Kiedy już wyszły, zaczęłyśmy nadawać tajną wiadomość dla zwiadowców szyfrem kurierskim. Nadawałyśmy 2 razy, powiedzmy, że wyszło… chociaż 2 zastępy zamiast, zgodnie z poleceniem, “wrócić po zdobytą broń i czekać na dole” szukały obrączki w bucie #cośposzłonietak 😀 Ale przynajmniej było śmiesznie, chociaż trochę ;). No i w końcu mogłam się znowu wczuć.

Szykował się bój. Już nie dały rady odstraszyć mnie buczeniem. Zatykałam uszy i (jako kalkar, oczywiście) stroiłam potworne miny. Musiałam obronić mojego pana – Morgaratha (w tej roli – Merry U.). Zasady były jasne – żeby dostać go w swoje ręce, musiały najpierw zabić mnie. Ale faza trwała – przed bitwą śpiewały więc Bogurodzicę. Kalkar też w swojej fazie był i Bogurodzicę próbował ryczeć ;). Tak, lubię być kalkarem.

Dziewczyny poradziły sobie ze mną wyjątkowo dobrze. Kiedy kalkar już zmarł, został spontanicznie ułożony w pozycji bocznej bezpiecznej, a następnie próbowano przywrócić go do życia stosując RKO. A związany linami Morgarath dostał nawet kwiaty na grób.
Powiem tak: myślałam, że nadaję się na kalkara. Jednak dość spora jestem ;P. Ale kiedy próbuje Cię zabić kilka harcerek na raz, twoja siła i wymiary przestają mieć znaczenie. Kalkar nie miał szans ;). Morgarath miał chyba jeszcze mniejsze…

Czyżby to, że wielka gra się skończyła miało znaczyć, że kraal może iść spać? Nieeeee… po kolacji i świeczysku była rada. Taka długa, że miałam ochotę wszystkich tam zastrzelić.

|) >>–>

Z łuku, czy nie z łuku, da igual. Dygresji milion. A ja serio chciałam spać… No i Ola też już umierała, wstępniechora, ale tak, że już całkiem, całkiem.
Był tylko jeden problem. Czekało nas sprawdzanie wielkiej gry <3. Tak, znowu poszłyśmy późno spać. Albo wcześniej, jak kto woli. Na szczęście pobudka była godzinę później niż zwykle. Nie pomogło to dużo, ale zawsze było to trochę więcej.

Następny dzień. Budząc dziewczyny znowu szłam zygzakiem. Coś błędnik zbłądził. Tym razem byłam na rozgrzewce, śmiechowo było. Potem warsztaty muzyczne Bobra – jak było, nie wiem, kończyłam wstążeczki. Potem wzięłyśmy na górę gry – niezawodnego Jungle Speeda, Dobble, Zgadnij, kim jestem i Dixita. Chwilę pograłyśmy i poszłyśmy na SH, zostawiając drużynę na dole. Siedzimy na sądzie, a tu dziewczyny zamiast grać, zamiatają korytarz… Chyba trzeba było wziąć ich więcej albo zacząć później :P.

Po trudnych rozkminach na SH wstążeczki zimowiskowe zostały ostatecznie przydzielone. Tak wyszło jakoś, że: wielka gra – Bober; olimpiada – Bober, konkurs kulinarny – Czapla, duch harcerski – Bober, dodatkowa wstążeczka – ekspresja – Foka. No i siłą rzeczy – zimowisko wygrał Bóbr. Wyniki ogłoszone.
Skończyłyśmy sprzątanie, bo niestety trzeba było. Ale potem można było wrócić do domu i się wyspać.

Wiem, marudzę ;). Ogólnie naprawdę było fajnie. Beka w kraalowni (tak, brak snu ją zwykle potęguje), ekspresja zastępów, kod kurierów, wielka gra… Ogólnie wszystko wyszło tak, jak miało. I czas był pozytywny. Tylko to, że teraz jesteśmy chore, to trochę słabo.

Ale tak sobie myślę, że było warto ;).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: