Wędro na bis. Wiecie, co jest najważniejsze?

Nie? To świetnie. Dowiecie się na koniec ;P.

Nie mam co narzekać na ferie, przez innych zwane pieszczotliwie, niestety, sesją poprawkową. Przypadło mi w udziale aż półtora tygodnia, a niektórzy miszowi ludzie mieli jakieś 3 dni. Co w planach? Między innymi tytuł. Proponuję zatem *opcja dla chętnych* przypomnieć sobie początek poprzedniego wpisu albo, w pakiecie minimum, po prostu: startujemy. Abrochense los cinturones. Jako ścieżkę dźwiękową (przed, po, lub, jak kto lubi, to w trakcie, proponuję to: https://www.youtube.com/watch?v=tXQpDDcrN-w Aż miło się słucha, jak niziutko jest ten bas 🙂 ).

Najwcześniej wyjeżdżał z Wro skład 4-osobowy: Gosia, Kaja, Aga i ja. Choć próbowałyśmy upolować wspólne miejsca, cel nie został zrealizowany w 100%. Absolutnie jednak nie mogłyśmy narzekać na nudnych sąsiadów… Chłopak siedzący przed Agą bynajmniej do takich nie należał. A o co mu chodziło? W sumie ciekawe, czy on sam wiedział. Bo czy się znają, to na przykład nie był pewien ;P.

Jakoś sobie przetuptałyśmy przez Polanicę z przystankiem pod Biedrą i kioskiem (szczęśliwie otwartym), które zaopatrzyły nas w mapę i jedzonko. Potem, już u celu, zaczęłyśmy organizować sobie czasoprzestrzeń. (Ojej, ale fajnie – mamy na naszym piętrze kaplicę z Najświętszym Sakramentem <3). Zrobiłyśmy obiad, potem zrobiłyśmy kolację, a następnie wsunęłyśmy na prekolację chipsy. Ponoć “w ciszy czy w czasie burzy trzeba przy pracy śpiewać” – “Moi przyjaciele”, którzy jakoś złośliwie nie chcieli wyjść na dwa głosy pod supermarketem (#Martusiatakamuzykalna, #Martusiataksięgubi), w kuchni, nad dwiema patelniami z kurczakiem i szpinakiem, udali się perfekcyjnie :). Aga dokańczała dzieło zadawania nam paru trudnych pytań… (A, no przecież! jeszcze w międzyczasie znalazła swój niezbędnik!). Martełka i Agatełka z Księdzem docierali. Następnie ogarniałyśmy dzień następny i ustalałyśmy ostateczną trasę. Że niby ks. Dariusz mówił, że lepiej lżejszą drogą, bo jak szedł ostatnio, to lód, błotko i niefajnie? Aaa, że podjechać lepiej…? Otóż nie. Drodzy Państwo, szanujmy się – przecież najgorsze, co nam groziło, to ewentualna zmiana planów już po drodze ;).
Zaczęły się też pierwsze rozkminy lingwistyczne, ale bąbelki na gotującej się wodzie jakoś nie wygrały plebiscytu na słowo wędrówki. Miały zbyt silnych konkurentów.

Dotarli. Zjedliśmy. Udało nam się też wpakować caaaały obiad do kociołka i całkiem szczelnie zawiązać go zrywkami. Nieszpory. Myć się. Spać. Planowana konfa przełożona z zamiarem reinkarnowania jej w sobotnie kazanie.

Pobudka o 6.10 – nawet nie tragicznie bolesna. Msza o 6.30. Następnie śniadanko, pakowanie plecaczków, pakowanie kanapek do zrywek (#kwatermistrztakizezrywkami :D) i o 8.40 wyjście.

Szło się. Momentami się ślizgało. Pan z piaskarki obiecał naprawić ten stan rzeczy. Potem zaczęło się wchodzić. I się szło. Na pierwszej przerwie wszyscy chorzy, zakochani, pogrążeni w nauce, narciarze, względnie odwiedzający ciotki (czyt. cała reszta naszego ogniska) otrzymali facebookowe pozdrowienia, a my urządziłyśmy z Agatełką sesję zdjęciową oblodzonemu jeżykowi.

Godzina światła – dalej się szło, ale że nie dało się na raz wspinać (a po odejściu z postoju akurat trafiło się podejście bardziej w górę, niż w przód) i myśleć, modlitwa musiała poczekać na kawałek przyjaźniejszego terenu. Spokojnie, i takiego kawałki się znalazły ;).

Następny punkt programu był… wyczekiwany (przynajmniej przeze mnie ;P) i idealny właśnie w tym momencie, w którym był. Znalazło się całkiem niezłe miejsce na obiad. No więc (na kreatywnym ramkostojaku – za pomoc dziękujemy Księdzu 😉 ) odgrzewał się ryż, a my próbowaliśmy (po Aniele Pańskim) odgrzać się obok, przez chwilę się bawiąc. Eh, ile energii daje taki szpinakokurczak… A jeszcze z hitowym deserkiem już w ogóle można dalej iść, szczególnie kiedy trasa zaczyna prowadzić teraz z kolei bardziej w dół niż w górę.

No tak, człowiek zapomina o ważnych rzeczach, które chciał napisać, a bredzi o jakimś kurczakoszpinaku. Znaczy… naprawdę lepiej się po nim szło. No i Aga mogła go zjeść przy pomocy swojego niezbędnika. Takiego na wyjazdy harcerskie ;). Ale ważne jest też dzielenie się Słowem – zresztą i chronologicznie było wcześniej, niż choćby wyciągnięcie epi z plecaka.

Kiedy przyszła kolej Księdza, wyciągnął z kurtki jakieś notatki sprzed paru lat (bo i kurtka dość długo nie była używana). Idealnie w kontekście Ewangelii i częściowo reszty naszych rozkmin. Fajnie jest widzieć takie rzeczy, nawet kiedy akurat to Słowo nie jest szczególnie do ciebie. Bóg niby nic nie mówi, tak?…

Kolejny punkt trasy? Heheszki. Takie tam strome zejście. Oblodzone? Nieee… trochę śniegu, trochę lodu. Ale zieleni trochę też było. Głównie pod śniegiem. W każdym razie ten moment był chyba najbardziej przygodowy – od drzewka do drzewka jakoś zeszłyśmy na dół. Czasami na czworakach, czasem trochę jak na zjeżdżalni. Tu trochę w prawo, tu trochę w lewo. A może jeszcze bardziej w lewo? Tu trochę “ratunku, nie wiem, gdzie mam stopę postawić”. Tam odrobinę “O, człowiek zjeżdża. Ciekawe, kiedy się zatrzyma” ;P. Ach, no i widok tej górki już z dołu – bezcenny.

Później trasa do Muflona (no i oczywiście wspominki – explo 2015) – Cisza jak ta, SDM, piosenki z określonym słowem, śnieg do połowy łydki, kolejny, choć już krótszy, dość strony odcinek w dół, śnieżki, błotko i czekająca na górze czekolada… Ach, no i oczywiście silna pomocna dłoń natury (kto by pomyślał, że cienkie gałązki mogą być takie wytrzymałe!). Tylko sztandar miał w Muflonie ciężkie życie. Nie dość, że nie dostał czekolady, to jeszcze nie pozwolili mu patrzeć przez okno…

Ostatni etap już dość lajtowy. Zejście do Dusznik (o, a tutaj jest dom gościnny franciszkanów! tu był brat z Ukrainy! i inny, który był drużynowym! a na górze jest źródełko! a w tej pizzerii strasznie się ser ciągnie! ooo, a tam były lody, świadkowie Jehowy i koszulka z Inką!) ~nie żeby jakieś explo 2015, czy coś ;). Jeszcze tylko minięcie się z pewną panią – “A co to się dzieje?” (spośród opcji “Ziemia dla ziemniaków!” i “A wie Pani, mamy taki wyjazd harcerski” została wybrana ta druga) no i powrót autobusem do Polanicy.

Tam chwilka na ogarnięcie i konfa Pulikowskiego, czyli dwie godzinki spędzone przed laptopem. Treść z sensem. Została już nawet potwierdzona zgodność jej części z rzeczywistością. Myślałam, że za bardzo dyskusji potem nie będzie, a jednak. Na całkiem ciekawe aspekty nam się zeszło.

Kolacyjka. No i… pożegnalny spacerek, bo Ksiądz i Agatka wracali do Wrocławia. Spacerek pod tytułem “Uwaga, szukamy misia”. A dlaczego misia? No bo był, kurka, potrzebny, a zakopał się w śnieg i chyba wybrał sen zimowy, a nie, jak przystało… przyrzeczenie Marty :). Miał zostać Baloo. Mógł zostać sławny. Ale skoro nie chciał, to nie. A co do Martełki – gratki (;.

Jakoś ze względu na ogólny stan psychofizyczny zrezygnowałyśmy z wyjścia na miasto. Radnie ogarnęłyśmy następny dzień, poszłyśmy do kaplicy na kompletę (jak to miło, że Maryja raczej cierpliwa i łaskawa jest – bo Salve Regina w naszym wykonaniu w tym stanie, to uoMatko ;P), potem się myć i spać.

No… powiedzmy. Zastanawiałyśmy się, gdzie nam wcięło szefową. Podobnie śpiąca jak my wszystkie wyszła z łazienki, a następnie wyparowała. W wyniku akcji poszukiwawczej okazało się, że jednak jest żywa i bezpieczna – więc można było już spokojnie poczekać na nią śpiąc ;).

Następny dzień – niedziela. A jak niedziela, to wakacje. A jak wakacje, to pobudka po 8.00. Jutrznia, śniadanko. Film. “Próbę ogniową” oglądałyśmy, niemalże zgodnie zapakowane w śpiworki :). Ciekawie się na niego paczyło w kontekście konferencji z poprzedniego dnia. Miło, że jakoś większość rzeczy, które były w planie wędro, dało się jakoś ze sobą powiązać. Był ładny – w szerokim spektrum znaczeniowym.

Msza. Po niej już tylko sprzątanie, obiad (w “Europejskiej” – tym razem niezbędnik <choć zasadniczo jest na wyjazdy harcerskie> leżał grzecznie w plecaku) i powrót (dojście na dworzec przez ul. Harcerską 😉 ). Kierowca autobusu z Zimbabwe zgubił transport ze szpitala psychiatrycznego (powiedzmy, że to coś na kształt czarnych historii). Tabu daje radę nieźle zagospodarować kawałek czasu. Na majową wędrówkę być może szykuje się mini spektakl o br. Albercie. Sztampa zaczyna nowy sezon, a na youtubie można znaleźć ciekawe komentarze do prasy.

A, najważniejsze miało być na koniec.
Wspominałam, że Aga znalazła niezbędnik? I będzie mogła go używać na kolejnych wyjazdach harcerskich!

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: