Tęsknię, wiecie? ;)

Od początku lipca mniej więcej przez trzy tygodnie budziłam się każdego dnia z planem na życie. Prawda, często chętnie pospałabym dłużej. Nie szkodzi. W każdym razie dzwonił budzik i zaczynało się działanie: po śniadaniu jazda na zakupy, poszukiwanie wody albo ładowanie telefonów, warsztaty, czasem trzeba było rozłożyć grę, wymyślić olimpiadę, porozpisywać zadanie w tempie cyklonu zwiewającego przed huraganem… Wejście w dzień było wejściem w dzień, który miał swój program: apel, śniadanie, zajęcia, obiad, sjesta, zajęcia, Eucharystia, ognisko, rada… Ok, ok, na wędrówce wyglądało to trochę inaczej, ale też było co robić #sięidzie. I co jeszcze było? Ludzie byli. Cały czas. We Wrocławiu jest tego mniej. Dlatego tęsknię.

Szukałam koncepcji na wpis i przyszedł Bajor. Dlaczego? Kto nie zna, niech sobie puści refren – https://www.youtube.com/watch?v=jDVS3MXSWrM – mniej więcej od 50 sekundy. Resztę też może, ale reszta nie została inspiracją ;P. Jeśli chodzi o wędrówkę, wszystko się zgadza.

Trochę chmur, trochę słońca,
coś z początku, coś z końca,
trochę pieprzu, ciut mięty,
część dróg prostych, część krętych,
ciut poezji, ciut prozy,
trochę plew, trochę ziarna,
taka miłość, taka miłość w sam raz,
idealna.

Trochę chmur

Na szczęście chmury wybrały idealnie czas swojej egzystencji nad trasą naszej wędrówki. Pierwszy raz spotkały się z nami już pierwszego dnia, ale przelotnie. Przydreptaliśmy do Marii Śnieżnej, po Mszy wpisałyśmy się do księgi pamiątkowej, próbowałyśmy dogadać się z panem Niemcem, który wydawał się panem Włochem, bo rozmowę zaczął od pytania o #aleocochodzi congregazione (wytworzyłam jakieś Ich spreche nicht deutsch, nieważne, że Ola i Gosia znają niemiecki ;P), chcieliśmy wyjść, a tu okazało się, że leje. Zaczęłyśmy wyciągać kurtkoponcza, a tu okazało się, że przestało. Po selfie i nieselfie (ważni my, a nie widoczki, ale byliśmy i my i widoczki) można było ruszyć dalej. Tego dnia już na trasie nie padało, a wieczorem deszcz okazał się sprzymierzeńcem, bo pomagał nam zagasić ognisko, które zostawiła nam stacjonująca w Marianówce oaza. Co prawda nie zrobił tego do końca i musiałyśmy skorzystać z pomocy strumienia i dziurawego wiadra, ale dzięki temu, że padał, siedzieliśmy sobie z gitarą pod wiatą i było baaardzo klimatycznie.

Jeśli padało, to raczej w nocy, czyli wtedy, kiedy słońce nie było zabójczo potrzebne. Problem polegał raczej na tym, że coś z dziką przyjemnością zawilgotniało nam zapałki (;. Hm.

Trochę więcej chmur (nawet, powiedziałabym, całkiem sporo) pokazało się w niedzielę. Pokazało i postanowiło obdarować ziemię hektolitrami wody. Na szczęście tylko ziemię, a nie na przykład członków scholi, którzy musieli przedostać się do kościoła w Ramułtowicach na próbę przed mszą odpustową. Poczyniło jednak trochę szkód i spowodowała niepokojów – burza połamała parasole, pod którymi miała kwitnąć cukiernia oraz kubkowo-torbiany handel. Na szczęście zanim Aga i cała reszta musiała już się zwinąć na sięrozśpiewywanie, deszcz trochę się uspokoił, kiedy my przywoziłyśmy ciasta, już tylko kropiło, a chwilę przed końcem mszy przestało padać całkiem. Nie pamiętam tylko, czy pojawiło się już…

trochę słońca. 

Pogoda zasadniczo dopisywała nam przez większość wyjazdu. Od początku, kiedy przez szybę pociągu świeciło nam w nos, do końca, kiedy świeciło w nos śmieszkująco-nieśmieszkującemu panu z MPK (wiem, że raczej chciałeś, gościu, dobrze, ale żeby cię podczas wakacji solidnie spiekło na raczka za stresowanie ludzi 😉 – nie robi się tak, że niby śmieszek, a niby mandat :/ ). Ale niech słonku będzie jak najlepiej – na jarnołtowskiej pętli ślicznie oświetlało kopciuszka. No spójrzcie, czyż on nie jest uroczy.

kopciuszek3

Bardzo miło się jechało i hopsało razem z pociągiem (rezonans mechaniczny zawsze spoko), kiedy tak grzało zza okna. Fajnie się też siedziało przy dworcu, czekając na ks. Grzegorza, razem z ogniskiem Edyty. Dziewczyny łapały stopa do Międzygórza, ale słonko albo oślepiało kierowców na tyle, że ich nie widzieli, albo nie oślepiało ich wcale i tuż za dwiema harcerkami stojącymi z artystyczną kartką zawierającą miejsce przeznaczenia, widzieli kupę 10 innych przewodniczek ;).

Skoro zaś było ciepło, pogoda była idealna na np. kawę mrożoną i równie zimne smoothie, którymi umililiśmy sobie pierwszą wędrówkową maryjną konfę. Mniam <3.

Coś z początku, coś z końca 

Chyba każdy koniec jest początkiem, a każdy początek końcem. Dla Oli i dla mnie wędrówka była nowym początkiem po końcu obozu. Basia z kolei zaliczała niezłą serię – po obozie wpadła na wędrówkę, a tuż po niej ruszała na Shamrog. No właśnie – obozy niby się skończyły, ale kraale wciąż trzymały się razem. Przynajmniej na początku wędro – mam wrażenie, że tworzyłyśmy z Olą równie dobraną parę, jak Werka z Martą, kiedy dojechały. Najmniej chyba było to widać po Gosi i Agatce, ale inna sprawa, że trochę się rozminęły terminowo.

Pewnym końcem i początkiem był też stopień wędrowniczki, przyznany Oli i Hani. No… powiedzmy końcem, bo dzieła czekają na finalizację do końca roku ;). Ale trzeba przyznać, że jest to początek ostatniego etapu drogi do Fiatu. A skoro już wchodzimy w refleksyjny klimat, to Fiat jest bardziej końcem, czy początkiem? Samego obrzędu nie było, udało się natomiast przeprowadzić spontaniczną sesję zdjęciową z symbolem. No bo skoro nadarzyły się po drodze owce, szkoda było zmarnować okazję… 🙂

O ciekawym człowieku z końca naszego wyjazdu już wspominałam. O tym z początku – jeszcze nie. Zdarzyło nam się bowiem tłumaczyć pewnemu panu, że to, że św. Rita się umartwiała, to nie jest clue, nie jest sedno ani nawet nie jest to najważniejsze. Pan był miły, bo nam pomógł z plecakami, ale na dłuższą metę… jakoś nie żałowałyśmy, że pani konduktor, stwierdziwszy u niego brak biletu i dokumentów, grzecznie pozbawiła nas jego towarzystwa. Tłumaczenie, dlaczego właściwie Rita jest super, a my, choć katoliccy, to i wolnościowi, niesssstety musiałyśmy zostawić na inną okazję. A lepiej się o tym opowiada jednak ludziom, którzy nie są pod wpływem soku z gumijagód. Spokojnie, byłyśmy miłe (;.

Co poza tym? Chyba każdy wyjazd letni, oprócz tego, że jest podsumowaniem całego roku pracy, jest też jakimś wstępem do nowego. Integracja ognia trwa, choć przyszłość jest niewiadoma. W sumie… przyszłość zwykle bywa niewiadoma. Więc jakby się zastanowić, to nic nowego. Ale każda z nas, nie ma co ukrywać, myślała o swojej funkcji w przyszłym roku – zwłaszcza że całkiem sporo się zmienia. Zresztą nie tylko o swojej, ale też, jak ciekawość nakazuje, o wszystkich funkcjach i ludziach, do których w tej chwili wciąż można przykleić hashtag #niewiem_niewiem_nierozumiemnic ;).

Trochę pieprzu

No dobrze, przyznaję, tutaj skojarzenia mam raczej pokrętne. Ale logiczne. Bo jaki jest pieprz? Ostry. A jak coś jest ostre, to co robi? Parzy. Tak jak ogień. Na przykład ten z odpustowego ogniska.

Na początku była lipa. Stres na stresie, stresem poganiany. Nie wiem, co mi się stało. Niby miałyśmy sobie usiąść, zacząć śpiewać, żeby było wiadomo, że ognisko zaczęte. Ale że stres, a ludzie nie w klimacie, to nastroju do śpiewania między nami też za bardzo nie było. Z czasem robiło się lepiej. Schola przedstawiła swoją scenkę (w nawiązaniu do początku dnia – na temat: wszystko płynie), potem przyszła nas wesprzeć, poleciały hity (no oczywiście “Religia, miłość…” – nawet z tańcem 🙂 ), a kiedy pod koniec zebraliśmy jeszcze ludzi w kółeczko, żeby się pobawić, to był już luz, swoboda i impreza pełną gębą! Nawet nie tylko nasza – ramułtowiczanie się wciągnęli, a finalnym końcem była belgijka z prawie-ich inicjatywy.

Pokrętnych skojarzeń ciąg dalszy. Pieprz jest przyprawą. Jeśli coś jest przyprawione, to na pewno nie jest nijakie i mdłe. O nijakości na wędro nie było mowy. O nudzie też nie. Obowiązkową niestandardowość zapewniła nam obecność Łucji. Kto nie był, ten nie wie, niech żałuje i przygotuje się na wspomnienia z nią związane podczas kolejnych spotkań i wyjazdów. Łucja bardzo się cieszyła, że mogła z nami być, a my cieszyłyśmy się, kiedy wróciła z Gosią do Wrocławia. Chyba nie chciała nas opuszczać, ale więzy krwi okazały się wystarczająco silne ;P.

Widzę Cię.

Z całym szacunkiem, Łucja, zjeżdżaj!

Wybaczcie, czasem bywa nieznośna.

A tak z innej beczki – Łucja z Narni (tak, przez jedno “i”) naprawdę istnieje. Kto nie wierzy, niech zapyta internetów.

A jeżeli chodzi o to, co nie było nijakie, to na pewno przygotowanie do Mszy, jaką mieliśmy na trasie. Fajne (poloniści, nie zjadajcie) doświadczenie. Była nas całego piątka i Ksiądz. Najpierw szukaliśmy jakiegoś ładnego miejsca kawałek od szlaku. Znaleźliśmy. Potem spośród kilku pieńków został wybrany ołtarz. Kiedy już leżał na nim biały obrus, zaczęła się walka o zapalenie świeczek. Zapałki wilgotne, a dla urozmaicenia wiatr je zdmuchiwał, zanim zdołały zbliżyć się do knota… No super. Ale okazałyśmy się trochę bardziej ogarnięte, niż ostatnie łajzy. Miałyśmy ze sobą epi! A że epi ma trochę bardziej stabilny i długotrwały płomień niż zapałka, świeczki wkrótce też zapłonęły. Czad i korba, alleluja i do przodu, a błękitne niebo uważam od tamtej pory za najpiękniejsze sklepienie kaplicy :).

Jeszcze inna nie mdła rzecz, to rzucająca się w oczy “inność” parafii św. Anny, widoczna przynajmniej w Ramułtowicach. Pieśń do św. Anny śpiewana na początku każdej Mszy, bardzo własna, bo wzięta z parafialnego obrazu, przetłumaczona i z autorską melodią. No i ludzie przynoszący dary w procesji. Fajniutko. Inaczej. Nietypowo.

A wracając do głównego motywu – przydarzyły nam się też osoby, które chętnie wysłałybyśmy, (albo raczej: które chętnie wysłałyby nas) gdzie pieprz rośnie, a w każdym razie jak najdalej od łazienki ;P.

No i (chyba) ostatnie nawiązanie – moja psychika łączy pieprz ze schabowymi. Te zaś były na obiadku w Pajowie (;. Zaproszenie – bardzo miłe. Siedziałyśmy sobie, grałyśmy sobie w kontakt (polecam – Marta Szubert), coś tam śpiewałyśmy… Kto wie, może gdybyśmy zaczęły wcześniej, mała Marta wyśpiewałaby nam Titanica? 🙂

Masz ci los, myślałam, że przy pieprzu napiszę najmniej, bo z czym niby można to połączyć, a tu przychodzą mi do głowy coraz to nowe skojarzenia…

Na przykład? Odrobina smaku w małżeństwie, której z pewnością nadaje komunikacja za pomocą znaków patrolowych ;P. Albo pikanteria dyskusji o tym, czy do szczęśliwego związku niezbędne jest “coś”, co łączy ludzi, czy hipotetycznie można stworzyć szczęśliwe małżeństwo z każdym, jeśli obojgu zależy. A jeśli już mowa o romansach – oglądanie filmów (“Chłopak mojej dziewczyny” – film mocno trollujący widzów) po nocy – daję okejkę :).

No i ostra była też walka, jaką w niedzielę stoczyłyśmy z gościnnym księdzem o śpiew. Ścigaliśmy się, ale on zawsze, *cholera*, wchodził pierwszy :D. Eh, komunikacja niewerbalna też zawiodła. A co do werbalnej, nie wpadłyśmy na to, że będzie konieczna.

Ciut mięty

Nasza szefowa ma talent do swatania. Miętę dało się poczuć na ognisku. Została uczczona odpowiednim fragmentem ścieżki dźwiękowej z króla lwa – w skrócie: miiiiiłość rooooośnie woooookół nas ;).

A z drugiej strony czy miętowym nie można nazwać po prostu dobrego klimatu? Bo jak sobie pomyślę o mięcie, to na myśl przychodzi zapach. Zapach ziół. A jak zapach ziół, to obóz szkoleniowy w Hiszpanii i zachód słońca oglądany z gór, pachnących tymiankiem i macierzanką. Czy jest to w jakiś sposób miętowe? Bezpośrednio w żaden, a jednak… No więc moim zdaniem w pewnym sensie miętowe było siedzenie i gadanie z Werką pod drzewem ;P. Subiektywny blog, to subiektywny wtręt, gnę się w pas i o wybaczenie błagam. Podobny klimat był w czwartkowy i piątkowy wieczór, ale o tym więcej w zakładce “ciut poezji”.

Mięta symbolizuje też świeżość – w tym kontekście dorzucam więc pomysł godzinek zamiast jutrzni, budzenie ogniska muzyką klasyczną (ten poniedziałkowy poranek był dzięki temu zdecydowanie piękniejszy :D), bijącą od naszych wypranych w pralce mundurów świeżość, jak również chłodzenie ciast, które, wymagając chłodzenia, trochę albo całkiem nie chciały wejść do lodówki #zaufaj_mi_jestem_inżynierem.

Ach! Jeszcze jedno – mięta jest zielona. Wcześniej było słońce – ono jest żółte. Innymi słowy na wędro było trochę zielonego, trochę żółtego, trochę ideologicznych sporów, a trochę droczenia się między reprezentacjami gałęzi. Chyba z Olą na obozie przesiąkłyśmy pariodiowaniem biednych niewinnych wilcząt ;P.

Część dróg prostych, część krętych

Jak to na wędrówce – drogi są i takie, i takie. Kiedy pewnego razu postanowiliśmy na chwilę zboczyć z trasy, żeby zobaczyć zaporę wodną, drogi ludzkiego myślenia okazały się równie zawiłe, jak nasze piesze.

Podbiegło do nas dziecko i wskazując na Księdza krzyknęło: “O, pan policjant!”.
Mama zaś z uśmiechem je poprawiła: “Nie, nie, to nie jest policjant. Nie widzisz? To druh!” Po czym dodała, zwracając się już do naszego duszpasterza: “No, awansował pan”.

Nie byłoby w tym nic zabawnego, gdyby nie to, że “pan – druh – policjant” miał koloratkę ;).

Kręta i mozolna była też nasza droga do wrzątku. Epi dawał z siebie wszystko, ale jeden się skończył, a drugi potrzebował trochę więcej miłości i czasu, niż chciałyśmy mu dać. Ogień na ognisko natomiast, tym razem już nie zostawiony przez oazę, niezbyt chciał płonąć, ale ze względu na to, że w planie była ekspresja, próbował. W końcu się udało i to on dał nam upragnioną wodę na herbatę (i to w większej ilości niż epi, który więcej jej wyparowywał, niż doprowadzał do wrzenia). Chwała jemu! 🙂

Co można dodać? To, że jak drogi są kręte, to się krzyżują i przecinają. Najwyraźniej więc  i my i Edyta mocno się kręciłyśmy. Okazało się, że w czwartek były w Marii Śnieżnej kilka godzin po nas. Przed Czarną Górą natomiast spotkałyśmy się w porze obiadu. Podzieliły się ogniskiem, więc odpadł nam problem tego, jak właściwie ugotujemy obiad przy zamokniętych zapałkach. Przypadek? ;P A na Czarnej Górze zrobiliśmy bardzo ładne zdjęcia, widoki stamtąd są prześliczne, zagadką jednak pozostaje to, dlaczego nic tam nie śpiewa… Może dlatego to Czarna Góra?

Krótko jeszcze wracając – miałyśmy bardzo dobre obiadki. Może w domku powtórzę tego kurczaka z brokułami w sosie serowym?… Mniam <3.

Czy coś jeszcze nazwałabym pokrętnym? Może moje wyczucie muzyczne. Pierwszego dnia, kiedy proponowałam jakąkolwiek piosenkę na jakąkolwiek okazję, musiałam strzelać kilka razy, zanim trafiłam w coś, co ognisko by znało. Ale to dobrze. To znaczy, że mamy się czego uczyć :).

Ciut poezji

Tutaj trzy główne punkty. W sumie można polecieć chronologicznie.

Jeśli chodzi o śpiew, to, przepraszam, ale nie spodziewałam się szału, bo skład na początek dał się dotychczas poznać jako średnio śpiewający. Byłam w szczęśliwym błędzie. Ola sama się o śpiewanie dopominała. Robiąc kolację leciałyśmy wszystkie poezję śpiewaną (a Hania zna “Majstra Biedę” <3!)…  No i na trasie też coś muzycznego się tworzyło. Dobre to było. W dobrym tego słowa znaczeniu.

Podobnie dobre, jak pierwszy wieczór z gitarą. Ogień dogasał, my sobie siedzieliśmy… Okazało się, że Ksiądz ślicznie gra. Śpiewało się. My leciałyśmy głos główny, Aga dośpiewywała góry i doły, drugi głos… Jak już pisałam – ślicznie i klimatycznie. Po paru latach wrócił nastrój podobny do tego z moich pierwszych ognisk. Będę wspominać :).

Poezja zagościła też na moim wędrówkowym, piątkowym ognisku. Na szczęście wierszy z motywem drogi jest wiele, więc kiedy już w czwartek wieczorem wymyśliłam, jak ono właściwie będzie wyglądać, miałam w czym wybierać. Choć tak po prawdzie, to czułam się jak kretyn, kiedy podczas ogniska wyciągałam z teczki kolejne zapisane kartki, prawie jak student przed egzaminem.

No dobrze, dorzucę jeszcze coś. Poezja jest… ubarwieniem życia. Oderwaniem od prozy, wprowadzeniem elementu sztuki. W pewnym sensie pokarmem dla ducha i budzeniem (wcale nie tak) głęboko ukrytego artyzmu. Czymś takim jak na przykład zrobienie czerwonej koperty z woskową pieczęcią z różą, żeby marianówkowym salezjanom podziękować za przyjęcie ;). Gdyby to był internet, a nie życie, dałabym like’a.

Ciut prozy

A możemy zmienić na “ciut grozy”? Bo coś nam zjadło śmietanę. I przyszło w nocy. Podejrzewamy, że to Łucja.

A tak na serio, to prozą można by nazwać wszystko to, co było normalne. Jedzenie, rady, iście, sen… Co nie zmienia faktu, że wędrówkowa proza i tak jest fajniejsza od rokoakademickiej.

Trochę plew, trochę ziarna

Nieee, o plewach chyba nie będę pisać. Zresztą nie przypominam sobie żadnych wartych wrzucenia ;P. Plewy są głupie.

Co do ziarna, to na pewno trochę go było w godzinie światła i konfach. Bardzo dobrze zresztą przygotowanych. Mamy świetnego duszpasterza :).

W sumie wszystko, co jest dobre, a dzięki wędro trochę podrosło jest ziarnem. Chyba nie ma sensu rozwijać. Każdy połączy z tym coś swojego.

A żeby skończyć zgodnie z refrenem, by konwencji stało się zadość:

Taka wędro,
taka wędro w sam raz.

———————————–
Idealna ;).

 

 

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: