Monthly Archives: December 2017

Macham

Ooo, patrzcie państwo, coś tu nowego :).
Zwykle oznacza to dużą dawkę pozytywności. To co tym razem?

Bardzo fajny weekend.
Nie, jeszcze się nie skończył, wiem.
Po prostu to, co w nim najmilsze już się wydarzyło i dlatego posadziło mnie przed laptopem.

Po pierwsze: czuję się tak, jakby była co najmniej druga w nocy. A dochodzi 22.00. Dzisiaj razem z Niną zaliczyłam wycieczkę w górki i ogólnie to nóg nie czuję, siebie nie czuję i jak tylko się położę, to będę spać i spać i spać [sprawdzone info – w niedzielę obudziłam się przed 10.00].

Po drugie: nie wiem, czy to wynik wczorajszego wieczoru, ale dzisiaj obudziłam się we wspaniałym nastroju i tak jakoś zostało, mimo tego, że zaczęłam dzień od rozbicia kubka.

Po trzecie: wczoraj (/dzisiaj) okazało się, że jednak umiem umówiwszy się z kimś o 20.00 wyjść z kawiarni o 23.30, a potem wpaść do mieszkania na herbatę i dotrzeć do siebie przed drugą. Można? Jeszcze jak! 😀 Wyjaśnijcie mi proszę, jak to jest, że zaprzyjaźniam się z ludźmi, którzy są do mnie podobni, zanim się dowiem, że są do mnie podobni?

Dobrze. To teraz skoro już wszystkim zrobiłam mętlik w głowie i nikt nie wie, o co chodzi, to mogę zacząć wyjaśniać po kolei :).

Wczoraj wieczorem po raz ostatni przed świętami umówiłyśmy się z Reginą. Taka fajna spotkana tu Polka – zaliczyłyśmy wcześniej razem Jaén, Baezę i Úbedę, a potem Almuñecar, ale mam wrażenie, jakby tego było więcej i jakbyśmy zjeździły w koło przynajmniej świat. Szczęśliwy człowiek już jest w domku i ma pod dostatkiem kiełbasy, chleba i knorr-fixów :D.  Najpierw biblioteka, potem kawiarnia (kto zna taki stan, że się z innym człowiekiem po prostu rozumiesz i żyjesz bezproblemowo, bo zwykle chcecie tego samego? :P) – my w środku, ulewa na zewnątrz. Powrót przez ulewę do mieszkania – <3. “Po co mi kaptur, będą mi się kręcić włosy” – <3. “Dlaczego tutaj pada bardziej? Bo chmura tak lubi”. “Płynie Wisła, płynie”… Byłyśmy tak mokre, że nie wiem, czy zostało na nas coś suchego. Ale nie przeszkodziło nam to zupełnie w posiedzeniu jeszcze… ekhm “chwilę” przy herbatce. Fajnie było :). Trochę jak w przypadku mojego listopadowego wrocławskiego gościa – poczucie, że robi się coś razem, jest inne od poczucia, że robi się coś z kimś. Tak, pewnie to to zagwarantowało mi pozytywną sobotnią pobudkę.

Bałam się trochę o pogodę – planowana wyprawa do Monachil z Niną (moją drugą współlokatorką z akademika) w ulewie nieco mijałaby się z celem. Na szczęście kiedy obudziłam się już ostatecznie, zobaczyłam za oknem wielki błękit. Pobudka była miła. Powiedziałabym, że obozowa. Określiłabym ten stan jako nieuciążliwe niewyspanie. Świadomość ciągłości kontaktu z ludźmi i wizja męczącego, wspaniałego dnia…

Moja współlokatorka jest wariatką, bo postanowiła dojść sobie do Monachil na piechotę. Wróciwszy z imprezy o 4.30, wyszła na trasę o 8.30. Takie 12km. Nie żebyśmy miały w planach w Monachil… chodzenie. Ale nie byle jakie. Takie… po wiszących mostach i wśród wodospadów. Tak, było pięknie.

Może to potwierdzić Parówka, którego niniejszym przedstawiam:

Parówka

W pewnym momencie naszej małej trasy (przez której pierwszą połowę trochę się stresowałam, bo, jak przystało na rasową sierotę, nie sprawdziłam, jaką drogą możemy iść, żeby to miało sens ani o której mamy autobus powrotny – a bez zasięgu dość trudno ogarnąć to na cito) postanowił do nas dołączyć niezaobrożowany Golden. “Skąd przychodził? Kto go znał?” – to zagadnienie właśnie stanowi pewien problem, bo pojawił się znikąd… Ale przez dłuższą chwilę bardzo wiernie nam towarzyszył. Wybiegał naprzód, pokazując drogę, a jak zbyt długo zwlekałyśmy z wespnięciem się tam, gdzie chciał, to wracał, dając do zrozumienia, że on czeka.

Nina nakarmiła go parówką z kanapki i tak jakoś się przyjęło. Na początku (prawie jak dwujęzyczne dziecko) imię konkurowało z “salchicha”, ale ostatecznie wersja polska wygrała :). Przyznajcie, że majestatyczny.

Parówka władca świata

Trasa powrotna poprowadziła nas przez więcej wiszących mostów, ale też, niespodziewanie, przez więcej kilometrów.

most

Dobrze, że ostatecznie udało nam się dojść do sąsiedniej wsi i zlokalizować w niej przystanek, zanim zrobił to autobus. Wiem, wiem, powielanie stereotypów to zło, ale nie mogę się oprzeć. Rozkład jazdy #Hiszpania – znalazłam przynajmniej 3 różne godziny przyjazdu autobusu, a, co ciekawe, odjeżdżał z miejsca, które nazywało się inaczej, niż oficjalnie.

Było świetnie :). Zielono. Niezbyt długo, ale męcząco. A jeśli dla mnie męcząco, to nawet nie próbuję sobie wyobrażać, jak przetrwała naszą eskapadę Nina ;).