Erasmus odsłona pierwsza

czyli trudne początki

Nie wiem. Chciałabym jakoś podsumować ten wyjazd. Zebrać sobie na pamiątkę to, co opowiadam ludziom. Mam wrażenie, że dla wielu osób erasmus to wyjazd na jedną wielką imprezę i potem płaczą, że muszą wracać. I w tym kontekście nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z nimi, czy zasadniczo wszyscy jesteśmy normalni, tylko różni.

Więc może od początku.
Początek był… tragiczny :D.

Przyjechałam na dwa dni przed zaczęciem tygodnia orientacyjnego i ponad tydzień przed rozpoczęciem zajęć. Podróż wspominam jako dość męczącą, choć na szczęście obyło się bez komplikacji. Bardzo rano samolot, potem przesiadka na drugi, potem w Sewilli dojazd z lotniska na dworzec, 3 godziny autobusem do Granady, a następnie (niby już najbliżej, ale to ten etap uważałam za najtrudniejszy) dojazd autobusem miejskim do akademika. Uff, dotarłam.

Nie wiem, czego się spodziewałam, ale już następnego dnia obeszłam całą okolicę. Wokół nie było nic. Akademik był ładny, miał nawet “świetlicę” ze stołem bilardowym i piłkarzykami, ponoć salę do nauki, siłownię… Tylko że kiedy się z niego wyszło, wrażenie było przygnębiające. Na przeciwko boisko do koszykówki, pełne starego chleba i pamiątek, które zostawiły po sobie gołębie. Najbliższe coś, co można by nazwać supermarketem, oddalone o 15 minut, a najbliższy supermarket o 20. Jeszcze nie przywykłam do trybu siesty, więc bolało mnie to, że kiedy wyszłam na rekonesans, wszystko było zamknięte, a nikt nie raczył napisać, kiedy będzie otwarte z powrotem. Nie miałam co robić, nie miałam z kim wyjść, a moja współlokatorka była na etapie wyprowadzki w trybie #uciekać. Kto zna hiszpański, niech sobie zapyta wujka googla o “noticias zona norte Granada” – tak, tam mieszkałam. Żyć nie umierać. Raz, kiedy wracałam do mieszkania, minęłam dopalające się autko, a wszyscy mówili “lepiej nie wychodź wieczorem”. Żyć nie umierać.

A potem zaczęły się zajęcia. W tym historia języka, która postawiła sobie chyba za cel przerażenie mnie, bo mimo że prowadzący mówił po hiszpańsku, ja miałam wrażenie, że to dialekt Zulusów. Wymagał zuluskiego na poziomie C8 (spoiler: ostatecznie udało mi się uciec).

Było źle, a rodzice ratowali mnie godzinnym siedzeniem na skajpaju wieczorami. Właściwie to miałam ochotę tylko płakać, a jak zaczynał się dzień, do głowy przychodziło mi tylko “o nie, mam teraz do przeżycia kolejne 16 godzin, a robienie obiadu zajmie mi tylko pół” i starałam się spać jak najdłużej, nie przyjmując do wiadomości, że po tych 16 godzinach czekają mnie kolejne 4 miesiące. Nie polecam. Nie o to chodzi, że nie miałam możliwości. Wszystko siedzi w głowie. I w otoczeniu, bo kiedy wychodziłam do centrum (byle dalej od Cartujy – czyt. akademik na wygwizdowiu) nastrój magicznie mi się poprawiał. Tylko że potem trzeba było tam wrócić. Nie pomagał brak znajomych, nie pomagały papiery do załatwienia i pani smok w sekretariacie, która na dobry początek mnie opieprzyła za to, że przyszłam zapytać o rzeczy, których nie rozumiałam, nie pomagało andaluzyjskie gorąco. Nie pomagała świadomość, że dom był 2800km stamtąd.

#uciekaj

Na początku myślałam sobie tak: “Nieee, nie będę szukać mieszkania, bo bez sensu. Miejsce w akademiku już mam, mam tam wpłaconą kaucję, która mi przepadnie, jeśli zerwę umowę, przecież nie jest tragicznie, a ja za dużo nie wychodzę, nie muszę mieszkać w centrum, może to kwestia… no nie wiem, aklimatyzacji, szoku, czegokolwiek, poznam ludzi, wtedy wszystko się zmieni”. Po dwóch tygodniach byłam już zarejestrowania na dwóch portalach z ogłoszeniami mieszkalnymi, należałam do wszystkich możliwych grup na fejsie z mieszkaniami w Granadzie, a idąc ulicą robiłam zdjęcia wszystkim ogłoszeniom, o ile tylko nie było na nich napisane “zona Alcampo” / “Cartuja” / “bloque Osuna”.

Udało się zaskakująco szybko – chyba po dwóch czy trzech dniach. Byłam wybredna, odrzuciłam pokój w mieszkaniu erasmusów w centrum (pokój przy salonie, a ludzie imprezowi, którzy wiedząc, że przyjdzie ktoś zainteresowany wynajmem, nie dali rady posprzątać),  pokój w starym mieszkaniu na Albaicín (samo Albaicín jest prześliczne, ale nie uśmiechało mi się mieszkanie sam na sam z dorosłym facetem, który sprawia wrażenie mocno zdesperowanego, w mieszkaniu, które się rozlatuje) i mieszkanie przy jednej z głównych ulic bez umowy. Nie zaprzyjaźniłam się też z ładnym pokoikiem, które jak na swój metraż było horrendalnie drogie (mimo że właścicielka twierdziła, że ona nic na tym nie zarabia <właśnie przez moją tęczówkę przejeżdża teżewe>). Nie wiem czemu, ale w głowie zakodowało mi się, że to, co chcę, to Plaza de Toros. Wiedziałam o tym tylko tyle, że sporo studentów wynajmuje tam mieszkania, ale mechanizm był prosty. Jeśli na ogłoszeniu widniało “Plaza de Toros”, moje chęci na przejście się tam czy zadzwonienie znacząco rosły. Jak tak sobie teraz myślę, to w sumie dzięki Bogu :D.
Po nerwach z szukaniem adresu, dojazdem i wspinaczce na 3 piętro dostałam się do mieszkania przy Isaac Albeniz 21. Znalazłam. Chyba już następnego dnia tam spałam.

pozytywy, które mi uciekły w relacji głównej

W międzyczasie na miejsce Melanie do akademika wprowadziła się Nina – dziewczyna z Gwatemali, która prawie od urodzenia mieszkała w Hiszpanii. To była moja najlepsza współlokatorka podczas całego wyjazdu :). Co prawda nie mieszkałyśmy razem zbyt długo, ale to był ktoś, z kim w końcu można było zrobić coś “razem” – poszłyśmy raz pograć w kosza, raz na bilard, na gymkhanę – grę miejską zorganizowaną przez erasmus student network, na zakupy… Kiedy już się wyprowadziłam, to właśnie z nią wybrałam się do Monachil.

Niestety wrześniowa Granada jest bardzo sucha – bardzo szukałam trawy i bardzo trudno było ją znaleźć. Ale podczas pierwszych kilku dni włóczenia się znalazłam park Fuentenueva. Był CAŁY zielony, mogłam tam trochę odpocząć, nacieszyć się jego ładnością i stworzyć pierwszą wysłaną do Polski pocztówkę.

Parafia bardzo miło mnie przywitała – na ścianie wisiały kafelki z fragmentem rozmowy Jezusa ze św. Martą :). Tam też spotkałam Marię – dziewczynę, która była na ŚDM w diecezji wrocławskiej. Miałyśmy się wkręcić w duszpasterstwo, ale przeniosła się do Santander.

cdn.

Spokojnie, później było już lepiej.

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: