Tytuł…? Bez sensu.

Nieklasycznie, więc pozdro dla kumatych… A będzie aktualne przez cały wpis ;).

Zimowisko.
Wróciłam wczoraj i wyspałam się za wszystkie czasy (mimo że, brawo ja, zjawiłam się na uczelni o 2 godziny za wcześnie). Innymi słowy wyjazd można uznać za zakończony, bo został odespany. Niektórzy twierdzą, że jeszcze trzeba rozliczyć, ale mniejsza.

Jechałam przygotowana, a ze mną dwie ezer kenegdo. (Chyba nie radzę pytać internetu, bo pokazuje nie to, co chcę. Ale warto zerknąć do Rdz 2,18 i zamienić na inne słowo “mężczyzna”, a wszystko stanie się jasne).
W arkuszu była przygotowana wielka gra, modyfikowana jeszcze w środę. U Patki były warsztaty z topo. U Oli były warsztaty z ekspresji, których plan zmieniałamśmy w środę czy tam czwartek (mniejsza) bo uznałam, że są bez sensu. W arkuszu były warsztaty z psalmów i plan zimowiska. W arkuszu był budżet, w schronisku (dzięki mojemu wspaniałemu Tacie) zakupy jedzeniowe i mój plecak. W teczce mapy, zadania, służby. W torbie bilety na pociąg. U Oli były wstążeczki. W plecaku był kociołek, kamizelka odblaskowa, 3 czyściki do wulkanów i 2 łopaty z pałeczek do chińszczyzny.
Czytelniku, nic nie rozumiesz? Nie przejmuj się i wpadnij kiedyś do mojej sekty ;).

Pociąg się spóźnił, wsiadłyśmy nie do tego, bo przyjechał na zły tor. Na szczęście zdążyłyśmy się zorientować… Za chwilę przyjechał właściwy i przetransportował nas do Świdnicy. A tam… bambambam – gra!

Jestem dumna z mojej zastępowej, wyostrza się jej zmysł wyczuwania takich wydarzeń :). Zastępy po wykonaniu kilku zadań zdobyły mapę nieba, która będzie im potrzebna na obozie letnim.

Na miejscu starczyło nam siły już tylko na krótką radę z wprowadzeniem do kolejnego dnia. Świeczysko (które również było w arkuszu) zostało odroczone. Po radzie na odchodnym Marysia życzyła nam miłego przygotowywania gry. Faktycznie, w ruch niedługo potem poszły nożyczki, klej, kolorowe koperty i wulkany z baobabami. Taki plusik posiadania w domu kolorowej drukarki :). Połowa Jeża za to oczekiwała o północy łańcuszkowej śmierci.

Sobotnia pobudka pakiet standard. 20 minut przed apelem. Schodzimy, wkładamy buty… Wiewiórka (z Kasią jako p.o. zastępowej) czeka. Jeż zaspał.
Ale apel będzie. Przykro mi, szczerze. Ale apel jest. Nie uważam zaczęcia go bez nich za karę, tylko za naturalną konsekwencję. Chociaż bałam się, że zostanie to bardzo źle przyjęte. Chyba nie zostało. Chyba się tłumaczę. Bez sensu. No właśnie… zdecydowanie bez sensu. A może… 😀
W każdym razie dzień miał upłynąć pod symbolem baobabów.

Śniadanie, Patka na warsztaty z topo, my z Olą mapa w dłoń i heja przed siebie. Tym razem bez ułatwień cywilizacyjnych przetuptałyśmy grzecznie tę samą trasę, którą później na wielkiej grze szły moje dziewczyny. Pozdrowienia dla prywatnego psychologa, który musiał na trasie zmierzyć się z wieloma moimi “bez sensu”, z bojowymi okrzykami orka i innymi niepoukładanymi sprawami w głowie. Widoki z tamy są przepiękne!

Po powrocie i odstaniu chwili na punktach żywych dostałyśmy od życia czas wolny.
Dobrze! To się zawsze przydaje.
Chwilę przed powrotem dziewczyn poszłyśmy tylko schować na azymucie składniki zimowej herbatki z ogniska (dla ogrzania Róży – chyba nie wspomniałam, że fabułą jest MK). Aaale ja się wspaniale bawiłam na śniegu :D. Śnieg, śnieg, śnieg, śnieg! Zimowisko zimą rzadko się zdarza, a tego teraz było z 15 cm miejscami <3. Biegałam po boisku jak wariatka, ale to wszystko miało cel! Nie można było przecież kazać harcerkom szukać składników na azymut, skoro ze środka boiska wychodziła tylko jedna wyraźnie wydeptana ścieżka… Szkoda tylko, że kompas przejawiał odchylenia.

Powrót, przygotowanie obiadu równolegle ze śpiewograniem. Długie, ale cieszę się. Wiem, co będzie można śpiewać i jednak wcale nie jest tego tak mało, jak myślałam. Nie ma za bardzo komu ciągnąć, jeśli zastępowe / kraal zniknie… Ale to do dopracowania.
Podczas obiadu cisza jak w klasztorze. W porównaniu z 4dw kontrast niesamowity. Słychać byłoby wzdychającego pod nosem komara, gdyby takowy się tam pojawił. Najgłośniejszy był kraal, myślami zawsze w krainie wieczystej szydery ;). Marysia z nami rozmawiała, a na kolacji rozmawiali już chyba wszyscy. Muszę chyba po prostu założyć, że powodem takiego stanu rzeczy był głód. A przecież karmiłam…

Chwila sjesty na doogarnięcie (przynajmniej w moim przypadku) warsztatów. Ola i Patka z pewnością zapamiętają z tego dnia, że “Pan jest łaskawy, pełen miłosierdzia”, jedną z melodii ochrzciłam “pójdę na łąkę i pozbieram kwiaty”, a drugą “Ty idź do lasu, przytul się do drzewa”, po namyśle zostając przy “bilecie miesięcznym na okaziciela”. Przy okazji oczywiście w pokoju kraala pojawiła się kolejna seria bezsensów.

Może to dobry moment, żeby wyjaśnić, o co chodzi? Otóż “bez sensu” miało kilka schematów.  Niech więc [] oznacza to, co dzieje się w mojej głowie, a // to, co dzieje się na zewnątrz.

1. [myśl – nawet całkiem sensowna]
[zwątpienie w sens myśli]
[uświadomienie sobie, że znowu wątpię w całkiem sensowną myśl i że to głupie]
/bez sensu/ – wyartykułowane w świat bez kontekstu, ale za to z miną świadczącą (mam nadzieję) o wysiłku intelektualnym i (ciekawe czy faktycznie) głębokim cierpieniu ;).
Alternatywnie mógł pojawić się /okrzyk bojowy orka/ lub /kop w kupę śniegu/.

2. /No dobra, to teraz x, a potem muszę zrobić y. Ale nie, ja nie chcę robić y. Nie. Nie chcę. Nie, nieprawda. Ja chcę zrobić y, to moja decyzja, że zrobię y. (pauza) Bez sensu. /

3. /Zastanawiam się czy… (zawieszenie) Tak. (pauza) Nie. Bez sensu. /

4. /Ale jak my to?… (albo dowolne pół pytania) Bez sensu. /
[Bożu, znowu robię to samo…] – na zimowisku dość często się zdarzało, że na zadane pytanie (niezadane w sumie też) z powodzeniem odpowiadałam sama :P.
/atak autogłupawki/

Być może schematów było więcej, ale 3 i 4 są moje ulubione. Najpiękniej jest kiedy “bez sensu” jest krytyką samego “bez sensu”, tylko tego wcześniejszego albo komentarzem do samowystarczalnego monologu podszywającego się pod rozmowę. Wtedy mamy do czynienia ze spiętrzeniem komizmu.

Warsztaty z psalmowania wyszły (moim zdaniem) bardzo dobrze. Śpiewałyśmy “Strumień” i “Krajkę” na melodię psalmu. Judyta ma śliczny głos!

Wyjście na Mszę. Powrót. Kolacja (tym razem, jak pisałam, rozgadana, w pakiecie ze szkalowaniem – zostałam podsumowana z góry na dół, więc proszę się nie zdziwić, jak się dowiecie, że kradnę albo biję harcerki 😉 ).

Świeczysko, a przed nim zmiana zapowiedzi, bo jednak “niezrozumienie świata”, które zawarłam niechcący w arkuszu, niezbyt nadawało się do przedstawienia. Powstał zatem baranek rudy jak wiewiórka, o futerku miękkim jak brzuszek jeża.

Rady zastępów, RD. Intensywny i udany dzień.

Ocena WG. Szybko poszło. Kasia u Wiewiórki zrobiła kawał dobrej roboty.
Nie umiem ocenić ducha i ekspresji. /Bez sensu/.

Zastanawiamy się nad etapem nocnym. Nawet jesteśmy za, tylko Patka proponuje, żeby nie był bardzo późno. Tak koło 23.30, północy… Patrzymy na nią i na zegarki. Dochodzi pierwsza.

Pobudka w niedzielę nie należała do szybkich.
Moje kolejne myśli prezentowały się następująco:
– Dlaczego dzwoni budzik?
– Jest niedziela. Dlaczego budzik dzwoni w niedzielę?
– Dlaczego budzik, który dzwoni w niedzielę, dzwoni w niedzielę o 7.20?
– Gdzie ja w ogóle jestem i co takiego mnie dzisiaj czeka, że budzik dzwoni w niedzielę o 7.20!?

Dzień był w miarę lajtowy. SH przyznał wstążeczki, skończyłyśmy zaczętą w sobotę grę w gwizdek (Marysia została gwiazdą sezonu – pomocnikiem trochę ślepym, ze względu na brak okularów, ale chętnie idącym w spontaniczne bailando).

Obiad, sprzątanie, dojazd do Świdnicy, apel…
Na apelu jakiś pan sobie stanął obok nas. Koniec końców okazał się przyjazny, ale i tak stojąc pod pomnikiem i ciągnąc “Króluj nam Chryste” pomyślałam sobie: “no świetnie…”. Już kiedy jechałyśmy do Lubachowa, ludzie podnieśli mi ciśnienie. Jakiś ziomek, ewidentnie czymś napruty, nie umiał zrozumieć, że nie jest zabawny i że MA SIĘ ODCZEPIĆ od moich zastępów. Gdyby wzrok mógł zabijać… Tego pana nie dotyczy przecież zasada, że na wyjazdach harcerskich nie umieramy.

Podsumowując krótko:
WG – Jeż
ekspresja – Wiewiórka
duch harcerski – Jeż -> wstążeczka czeka na kompletne umundurowanie
zimowisko – Jeż

Jeszcze raz dziękując za wsparcie (nie tylko) psychiczne kłaniam się w pas i znikam planować ZZZ. Za chwilę kolęda.

Uwaga: wyjazd nie był bez sensu, gdyby się ktoś zastanawiał ;).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: