Kiedy myślę “Euromoot”, myślę…

1) chaos

Ale stopniowo ogarniany chaos. Trochę strachu przed wyjazdem i próba uporządkowania świata. Kiedy będziemy, gdzie będziemy, do kogo trzeba zadzwonić, czy na pewno plecaki będą jeździć, czy na pewno będziemy mieć co jeść i pić. Takie klasyczne “Marto, Marto”, ale myślę, że nie tylko martowe. Szczególnie, że hot ploteczki, które doszły na obóz, mówiły, że ostatnia prosta przygotowań jest właśnie nieszczególnie prosta.

2) Włoszki

Nasze 5 zbliźniaczonych ognisk, z których bardziej miałyśmy okazję poznać jedno. Tak po prawdzie też nie do końca, ale miło się czasem po drodze rozmawiało. Miałyśmy szczęście, bo nasze całkiem nieźle mówiły po angielsku. I muszę przyznać, że odczułam niemałą satysfakcję, kiedy się okazało, że znały piosenkę, której próbowałam nauczyć ognisko ;).

3) Kontakt!

Hipcio. Myślę, że to wystarczy ;).

4) Asyż

To był super początek Euromootu, chociaż dojechałyśmy tam wcześniej niż później, więc już rano średnio zdążyłam ogarnąć zwiedzanie (tak, tak, wiem, rychło w czas). Ale w sumie po co, skoro w Edycie są franciszkowi eksperci ekspertów? 😀
Podjazd pod górę sprawił, że chyba wszyscy, którzy nie spali, zaczęli się modlić o przetrwanie. Ale dotarłyśmy. Camping był wysoko… Ale wokół była lawenda. Za to kocham kraje romańskie – można na nie patrzeć, można ich słuchać, ale i można je wąchać <3.

Jeśli chodzi o zwiedzanie, udało nam się dotrzeć do św. Klary, św. Franciszka, św. Rufina, a w końcu i do Porcjunkuli. Jakoś do tego ostatniego bardzo mnie ciągnęło. Trochę bardziej wiem, dlaczego taki niepozorny kościółek daje odpust całemu Kościołowi, chociaż chyba dalej nie do końca.

Docierałyśmy tam z przygodami, bo bazylikę widać z daleka i bardzo chciałyśmy wysiąść zanim trzeba było wysiąść. A potem zrobiłyśmy pętelkę. Ale spokojnie – chwila cierpliwości i faktycznie autobus wysadził nas bardzo blisko. Ciekawie się kupuje bilety po włosku (;.

Wnętrze kościoła – przepiękne. Trudno się zresztą dziwić. Włochy, kościół… jeżeli tylko nie jest malutkim parafialnym, to myślę, że oczywiste jest, że będzie ładny. Z ciekawostek: żółwie i turkawki. I czynna, ale nieczynna toaleta i obrażony długopis Zosi, bo pani się nie podobał i chciała ładniejszy.

Ach! Zapomniałabym o najważniejszym. O naszej super pionierce na kamieniach. Co, Rita nie da rady? Szpilki za Chiny nie chciały wbić się w ziemię. No nie dały. Więc zrobiłyśmy odciągi do kamieni. Ewentualnie cegieł. Namioty stanęły, a ja byłam dumna z naszego zmysłu praktycznego.

5) Siena

Ulewa. Kardynalski parasol, spanie w przedsionku i pioruny goniące się po niebie. No i jeszcze pierwszy skaut i wszechobecne w katedrze OPA.

To może po kolei. Siena to był nasz drugi przystanek – zaplanowany na 2 noclegi. Po przyjeździe od razu znalazłyśmy szefową punktu. Okazało się tylko, że po angielsku to ona nie mówi. Mówiła po francusku. Dla mnie bomba! Mniejsza bomba, że czasowo nie było pryszniców. Za to toi-toie służyły jako idealny sposób ochłody. Jak się tam weszło, a potem wyszło, temperatura na dworze przez chwilę wydawała się znośna.

Wyruszyłyśmy w miasto. W jedną stronę, potem zawróciłyśmy, poszłyśmy pod górę, zeszłyśmy na dół, potem znowu zawróciłyśmy… Doszłyśmy do wniosku potem, że nastąpiło jakieś zagięcie przestrzeni, bo kierunek centrum kompletnie nie zgadzał się z naszą marszrutą, a dopiero wtedy udało nam się osiągnąć cel. A jak już dotarłyśmy, Hania mogła się wyżyć jako przewodnik :).

Drugi dzień w Sienie zaczęłyśmy od polskiej mszy w podziemiach. Potem znowu w miasto, ale już od razu w płaszczach przeciwdeszczowych. Na dobry początek – nie mogło być inaczej – wizyta u św. Katarzyny. Przepraszam, ale stamtąd jestem w stanie zapamiętać tylko mega creepy witraże i jej głowę. Świętą mogła być fajną. Ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego ktoś wpadł na świetny pomysł, żeby w nagrodę za piękne, proste i prawe życie ją zdekapitować, a czerep wystawić do adoracji…

Cieszę się, że kiedy pół ogniska poszło już na pizzę, mogłam z Olą, Hanią i Kają pozwiedzać katedrę. Znalazłyśmy tam przecudną salę z księgami. Kancjonarze, psałterze… Wszystko oczywiście pięknie ozdobione. Uwielbiam takie miejsca i dałabym się pokroić za możliwość oglądania tego. Zdobienia sufitu i ścian też robiły ogromne wrażenie dobrze oddaną perspektywą. Znalazłyśmy też na ścianie pierwszego skauta. Postać ubraną na granatowo, z “beretem” i białym, ośmioramiennym krzyżem.

6) “Słuchaj, kiedy śpiewa lud, gdy się u ludzi zbiera gniew”…
Pomogę wszystkim tkwiącym w błędzie. Euromoot nie był pielgrzymką. Nie był. No nie był. Choć czasem bardzo próbował :D.

7) Can’t you see the things talking?

W sumie praca naszych Włoszek, które przygotowały książeczkę twinningu domagałaby się trochę szacunku. Ale jednak Katarzyna Sieneńska w wersji mangi, dzicz i braterstwo w zamieszczonym tam rozważaniu tudzież osobliwie sformułowana zachęta do tego, by podziwiać piękno świata bardziej zapadła w pamięć.

8) Skoro już o Włoszkach mowa… ŁATAM CIU! czyli Montefiascone

O jeżu słodki. Włosi potrafią być głośni. Dlatego śmiałam się, że Pan Jezus jest chyba jedyną osobą na świecie, która jest w stanie utrzymać w ciszy tabun młodych Włochów, Francuzów i Hiszpanów (na adoracji była cisza). Ale jak miałyśmy z Włoszkami wspólne ognisko koło 22.00 na środku klasztoru, to już nie było ciszy. Było ŁATAM CIU! A ja myślałam, że tam umrę – przed wyjściem na spotkanie z naszym twinningiem położyłam się na karimacie, zaczęłam na raz się śmiać, płakać i dziewczyny musiały mnie zeskrobać z podłogi i domundurować.

9) Caffè e gelato

No masz, zaraz będzie, że jedyne, co mnie obeszło na tym wyjeździe, to to, czego doświadczył mój żołądek. Fcależenie. Lody. W Sienie nijak nie mogłyśmy się dogadać w lodziarni, a okazało się, że współwłaścicielką jest Polka. Rozpoznała nas – opłacało się być w mundurze.

Drugie ciekawe spotkanie z lodami miało miejsce w Montefiascone, kiedy usilnie próbowałam zamówić kawę z lodami. Taak. Nie próbujcie tego robić we Włoszech. Oni tego nie mają ;). Ale niezależnie od wszystkiego warto pamiętać, że “Pciuch zamieszkuje czas”.

10) Joan i Amaya

Moi Hiszpanie, którzy w lutym przywrócili mi wiarę w tę nację. Kochani <3. Prowadzili śpiew. Więc inne punkty euromootu, które z pewnością wryją się w pamięć to “Jesus Christ, You’re my life” i “Nearer, my God, to Thee”. Joan skomponował “Mary, You’re our Mother” – szanuję. I że kierował chórem na takim wydarzeniu, to też bardzo szanuję. I żałuję, że do niego nie dołączyłam. Ale z drugiej strony byłam wtedy z ogniem. A mózg parował mi tak bardzo, że trudno byłoby w tych okolicznościach przyrody śpiewać.

11) Makaron dla Polaków

Zacznijmy od tego, że w Montefiascone była siostra. Jedyna, z którą dało się porozumieć, bo mówiła po… francusku :). Najpierw bardzo się z tego cieszyłam. Mogłam zapytać, czy mogłybyśmy gdzieś wysuszyć namiot. Potem mogła mi wytłumaczyć, jak mamy się wpisać do księgi ewidencyjnej. W spokoju. Kiedy wszystko mogłam 2 razy powtórzyć, upewniają się, czy na pewno wszystko jest tak, jak powinno. A sis była zachwycona i pytała, czy jestem z Francji (miałam wtedy wrażenie, że świat się pomylił – uczę się w ograniczonym zakresie od 3 lat, więc nie wiem, jak mogłabym się komuś pomylić z Francuzką. Ale było to niewątpliwie miłe :)).
Potem było inaczej. Mniej spokojnie. Ale za to głośniej. Bo chociaż to nie był czerwony punkt zorganizowany przez ekipę euromootu, to skautów zrobiło się tam od zarąbania…
Siostry miały dla Polaków “pat”. Szybki proces myślowy: pat może znaczyć ciasto, może znaczyć pasztet i może znaczyć makaron. A nie, pasztet to “pate”, więc zostaje nam ciasto i makaron. Siostra wyhaczyła, że jestem w okolicy. Czyli że jest w okolicy ktoś, z kim uda się dogadać. Bardzo chciała wiedzieć, ilu było Polaków. Nie miałam bladego pojęcia, ilu było Polaków. Bardzo chciała nas zgromadzić na to “pat”, ale nie bardzo rozumiałam, gdzie. Bardzo chciała nas tym “pat” nakarmić, ale nie do końca docierało, dlaczego siostry mają dla nas “pat”, dlaczego mają ten “pat” dla Polaków i dlaczego chcą nas nim karmić. Z tym że kiedy o to zapytałam, to siostra się dość zdziwiła: “No jak to, jesteśmy siostrami, chcemy dać wam jeść” :D. Przez dalszą część wieczoru chowałam się za kimkolwiek, kiedy siostra pojawiała się na horyzoncie. Ponoć kiedy znalazła Polaka i doprowadziła do “pat”, który okazał się makaronem, zostawiała go tam i szła po następnego. Ale kiedy wracała z następnym, pierwszego już nie było. Chyba jesteśmy narodem wyjątkowo krnąbrnym ;).

12) Rita!

Znalazłyśmy Ritę! Dopiero w jakimś mniejszym kościółku w Montefiascone, ale była.
A ogólnie przesłanie euromootu jest jasne: jeśli chcesz znaleźć ognisko św. Rity, szukaj leżących na ziemi placków. Jak słusznie zauważyła Kaja, jesteśmy ogniskiem najbardziej lubiącym leżeć i w ramach aktywności dowolnych parę razy wybierałyśmy drzemkę ;).
Taki luźniejszy czas chyba zresztą w ogóle dobrze nam robił. Zintegrowałyśmy się. Basia ciachała nam na kawałki smoczego żelka i okazało się, że jest z niej mały śmiechowy troll.

13) ogień

Utwierdzenie w tym, że chociaż nie było źle, to wiosną podjęłam bardzo dobrą decyzję. Jak to było w pewnym sms-ie, “Ogień niech się pali” – jestem za to mega wdzięczna.

14) Mobile Scriptoria

Idea spoko. Zróbmy razem coś ładnego. Realizacja przy kilkuset osobach na punkcie? Nie było już tego klimatu. Ale zrobiłyśmy.

15) francuska konfa, włoskie msze

Czemu włoskie msze, to nie wiem. Chociaż dla mnie w sumie bez różnicy :P. Tylko szkoda jednak, że event międzynarodowy, a nie wszystko międzynarodowe.
Cieszę się bardzo, że poszłam na francuską konfę. Po pierwsze biskup Luksemburga umie mówić. I to mówić ciekawie. Po drugie miałam radochę z symultanki.

16) adoracje

Co prawda jedna wzięła nas z zaskoczenia… Ale bardzo to było miłe. Szczególnie że księża ogarnęli, że między Mszą a adoracją warto by wypuścić sztandary z prezbiterium ;). Druga zaplanowana, na żółtym punkcie. Już mniej zaplanowane było to, że na godzinę przed jej rozpoczęciem dostałyśmy do zrobienia na kolację wór kiełbas, 36 jajek, worek marchewek i makaron… Kiełby opchnęłyśmy z wielką radością jakimś wędrownikom, a oni stwierdzili, że z wdzięczności odmówią za nas cały różaniec. Myślę, że to jednak my w tym wypadku więcej zyskałyśmy :D. Uwaga, wychodzi ze mnie mały hejter: nie rozumiem koncepcji robienia sobie na adorację krzyży z light sticków… Wow, fajnie, połączyliśmy dwa świecące patyczki i krzyżyk wyszedł… Tylko w większości ludzie się nim bawili, bo tak świecił, że sam się o to prosił, to raz, a dwa, że (przynajmniej mi) do niczego nie był potrzebny i w niczym nie pomógł, a tylko był problem, gdzie go schować. No było toto dziwne.

17) żółty punkt

I deszczownice na nim! Duża ulga w upale. I tutaj słowa uznania dla naszej Akelki, która nas i miejscowych w tym wszystkim ogarniała. My w tym czasie jadłyśmy. Ale robiłyśmy jej kanapki ;).
W ogóle w Bolsenie mistrzostwem świata było siedzenie i jedzenie z niesłabnącym zapałem przez jakąś godzinę. Po tym śniadanio-obiedzie Basia nie musiała nam już mówić, że musimy więcej jeść. Raczej pojawiła się potrzeba, żeby iść dokupić chleb.

18) polowanie na kartki

19) (nie mogło nie być tego punktu) audiencja u Papieża

“Drodzy bracia i siostry, prosimy, nie stawajcie na krzesłach. Możecie spaść” <3. Chyba jednak fakt, że wstałyśmy o 3.30, żeby zwinąć namioty, dostać się do rejestracji i dotrzeć na rano do Rzymu przesądził o tym, że byłam trochę wypluta… Mam wrażenie, że spotkanie z Papieżem powinno na mnie zrobić większe wrażenie. Ale co to w ogóle znaczy “powinno” – człowiek czuje to, co czuje. Nie wydaje mi się, żeby to było źle… Cieszę się bardziej, że udało mi się tam spotkać Sandy (a jeszcze w Asyżu dziewczyny z mojego zastępu z CEP-u 2016). Musiałabym wrócić do tłumaczenia przemówienia Franciszka, żeby pamiętać, co nam mówił. Chyba nie dałam rady wczuć się w ten klimat. Nie wiem, dlaczego… Zwalmy na zmęczenie ;).

20) Rzym!
Na szczęście zwiedzanie Rzymu z Ritą udało się lepiej niż zwiedzanie Paryża z drużyną. Tym razem nie ominęłyśmy głównego zabytku miasta :D. I ten dzień był super, mimo zmęczenia. Obowiązkowa wizyta w Macu, schody hiszpańskie, koloseum, Il Gesu, panteon… Muzeum dusz czyśćcowych. Mimo rebelii wstępnej, myślę, że sprowokowane tym rozkminy eschatologiczne okazały się całkiem wartościowe. Chociaż dalej uważam, że niezbyt budują moją wiarę informacje o tym, że do kogoś przyszła zmarła teściowa i kazała mu chodzić na msze – może muszę do tego dorosnąć, a może po prostu nie moje fale. Różne są ludzkie doświadczenia, nie zaprzeczam im, a jednak powoduje to u mnie bardziej śmiech, niż mną wstrząsa. Zresztą mamy Łk 16,31. Ważne, że ksiądz był zadowolony i będzie miał materiał do artykułu na listopad.

21) parkingi dla chrześcijańskich górników

22) jutrznie, z których jedną raz nawet udało się poprowadzić urozmaicenie i bezbłędnie 😛

23) śpiewanie ❤

z Jelenią, z Ritą… szykowanie pieśni na Mszę. Nie szkodzi, że nie wypaliło. Ale jakim cudem Włosi nie znają części stałych po łacinie? 😮 Myśmy chciały tak z miłością, żeby się mogli włączyć, a tu klops :P.

24) mundury

A u niektórych w ważnych momentach raczej ich brak. Bądź stan.

25) śliczne francuskie pieśni i Angelus

26) pasztet, konserwa i owsianka 😉

27) ciepłe noce i niebo w gwiazdach

28) umieranie z gorąca, ale przynajmniej w dobrym nastroju 😛

Było dobrze. Było warto. Amen ;).

 

 

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: