Taizé

Tak, wiem, tytuł mało oryginalny. Cóż poradzę? Liczy się wnętrze ;).
Uwaga, post typu częściowo-sentymentalny.

W sobotę byłam na kursie kierowników wypoczynku. A że w tym samym czasie mieli przyjeżdżać do domów ludzie z ESM, zerknęłam na ekran telefonu, żeby sprawdzić “czy to już”. I… to było już. Info od mamy brzmiało następująco: “Francuzki, w tym Bagheera”. Oookej, dziwne imię. Ale przestałam o tym myśleć, przeszłam do ćwiczenia resuscytacji, korzystania z AED i przypominania sobie, jak to jest fajnie, jak na obozie odwiedza cię sanepid.

Wróciłam i jeszcze zastałam dziewczyny. Śmieszna sytuacja, mamy w domu szarlotkę z meliską (Charlotte & niestety mam pojęcia, jak się pisze imię naszej drugiej “gościni”, w każdym razie brzmi ono Melis). Ale w takim razie gdzie jest Bagheera? Hm… Co tu się zadziało? Bagheera okazała się funkcją. Tak, w skautingu. Tak, skauci Europy. #sekta_forever #przypadek #niesądzę 😀

Tak sobie myślę o tym taizé, że skoro teraz siedzę i robię wpis, to znaczy, że było fajnie. Od strony organizacyjnej był stres. Do czasu. Bo jakoś tak Aga działa uspokajająco i przewartościowująco…
A tak btw, to dzięki temu, że Charlotte ogarnia skautorzeczy, mogłam łatwo wytłumaczyć, dlaczego nie będzie mnie z nimi w niedzielę na Mszy (inna sprawa, że kiedy po prezentacji parafii wyszłam z kościoła, czułam się trochę jak heretyk, który odstawił gości, gdzie trzeba, a teraz idzie w bailando :P). Jak to miło, że są ludzie, którzy od pierwszego kopa rozumieją, że spotkanie z matką drogi jest wystarczająco ważne, żeby odpuścić godzinę mszy konkretnie tej z pielgrzymami. Nie żebym miała problemy z innymi, ale gdybym chciała innym wytłumaczyć, co będę robić i dlaczego nie całkiem to, co ludzie myślę, że będę i że to jest okej, zajęłoby trochę więcej czasu :P.

Tak czy tak zresztą spinanie się mogłam sobie odpuścić aż do poniedziałku, bo wtedy było pierwsze nabożeństwo poranne, które miałam poprowadzić. W ogóle trochę kosmicznie to dla mnie dalej brzmi. Ale jestem bardzo wdzięczna tym wszystkim ludkom, które się włączyły (muszę im to tylko jeszcze napisać). Serio, gdyby nie Piotrek, który nas ogarnął od strony technicznej, nie mielibyśmy podłączonych mikrofonów, mikrofonu bezprzewodowego, otwartego kościoła już od 7.30, zostawionego dla nas po mszy. Gdyby nie drugi Piotrek, zwariowałabym, próbując najpierw zebrać do kupy tych wszystkich ludzi, którzy mieli czytać/śpiewać, a potem usadzić ich w kolejności i wszystko wytłumaczyć. Olga dzielnie ogarniała allelujowanie za wszystkich zagranicznych, którzy nie dotarli, Piotrek kyriowanie z christe-exaudi-nosem… No i Christoph, który nam spadł z nieba z gitarą. I z kolegą z drugą gitarą :). Maria z… zabijcie mnie… z Chorwacji? Która chciała pośpiewać z nami… Bardzo się cieszę, bo mam wrażenie, że nabożeństwa całkiem się udały, a od strony technicznej każde kolejne było lepsze od poprzedniego, więc pozwalało mi na więcej luzu i radości z tego, co robimy. I mentalne bycie, a nie wzrok utkwiony w kartce z nutami i mechaniczne machanie ręką do rytmu. Patrzenie na ludzi, ciśnięcie z tego, że mamy za wysoko, ale mamy też przeponę, więc może damy radkę, chociaż to pierwsza rzecz, którą śpiewamy rano… Zresztą machanie weszło za mocno i jak wczoraj siedzieliśmy z Piotrkiem w maku, to dyrygowałam też muzyce z radia :P.

Bo poza niedzielą, kiedy z Asią i Agatką (i paroma innymi osobami) byłyśmy na Rysiu, a potem dzielnie pilnowałam drzwi (które były do WYCHODZENIA, a nie do wchodzenia, ale trudno było to wytłumaczyć, bo za drzwiami do wychodzenia, które nie były do wchodzenia, była herbata, a jak ktoś wyszedł po herbatę, to zwykle chciał wrócić i to wrócić nie naokoło), były też inne cuda.

W poniedziałek Rysia sobie odpuściłam i poszłam spać. To był dobry wybór.

A we wtorek był dzień pełen wszystkiego. Myślę, że dobry. Dzień dobry, modlitwa poranna, już na spokojniej niż poniedziałkowa. Spotkanie w małych grupach – chyba nie mieliśmy protestantów, bo na koniec pogadaliśmy sobie o różnych spoko świętych :). W ogóle myślę, że grupka, szczególnie wtorkowa, ubogacająca.

No i cudowny dialog P. z dawno niewidzianą koleżanką z klasy:
– No, jak wróciłem w sobotę, to cośtam cośtam.
– Wróciłem? Ale… skąd?
– A… z seminarium.
#takasytuacja 😀

Chwila przerwy, a potem chcieliśmy jechać na modlitwę południową, chociaż zamiast 4, byliśmy tylko z Piotrkiem, a przed polską mszą znaleźliśmy się jeszcze z Dominiką. Trudno mówić o klimacie, dobrym, złym czy jakimkolwiek, kiedy mowa o mszy… Ale tak sobie myślę, że tysiące ludzi na trybunach w połączeniu z akustyką hali, śpiewając chwała na wysokości Bogu, brzmiało jak szykująca się do walki armia. Jak wielka siła. I to jest dość niesamowite, kiedy przy tej całej otoczce, że chrześcijaństwo umiera, młodzi odchodzą z Kościoła etc. można zobaczyć, ile jest młodych osób w Polsce, które są na tyle zaangażowane jakoś w religię, żeby wpaść na ESM. Cała Hala Stulecia. A też nie wszyscy religijnie kumaci byli na ESM, umówmy się. To daje siłę – to, że nie jesteś sam/sama, że chrześcijan nie jest mało, że na początku naszej ery było dużo mniej, a rozprzestrzeniło się na cały świat jakoś. No to teraz gorzej nie jest przecież.

Powrót do domu (Luśką 🙂 ), parę chwil przerwy przed modlitwą wieczorną o pokój, kiedy zderzałam się ze wszystkim po drodze, nie wiadomo czemu i zastanawiałam się, co jeszcze zrzucę albo w czym się pomylę… Chyba zmęczenie po prostu siadło. Ta modlitwa moim zdaniem wyszła najlepiej. (Nie rozumiem, dlaczego najlepiej i najswobodniej mi się machało, kiedy stałam na jednej nodze. Nie rozumiem xD).

Impreza sylwestrowa (okej, okej, sorry, święto narodów, zwał jak zwał) potrwała do 2.00 z kawałkiem, ale wystarczyło. Wróciłam i jedyne o czym marzyłam, to spać, bo na mszy rano też musiałam być wcześniej, żeby zapsalmić. I tylko moje dziewczyny nie wiedziały, czy śpię, więc wysłały sms, o której modlitwa. A ja stwierdziłam, że to pewnie życzenia noworoczne, więc olałam wibrujący telefon, żeby po pobudce o 8.20 napisać im, że msza 9.30… Ale nawet były już częściowo na nogach <3.

No i dzisiaj w przerwie między mszą a obiadem nauczyłyśmy dziewczyny grać w farmera, a potem przejrzałyśmy quiz o Polsce (w ramach koncertu życzeń – cieszę się, że życzenia były, bo przyznaję się bez bicia, nie za bardzo miałam pomysł na te dwie godziny). I pojechały. I jakoś pusto.

Dodam tylko, że karuzela lingwistyczna miała się świetnie (babcia Charlotte była Polką, Melice mówiła po hiszpańsku, uniwersalny był jednak w większym gronie angielski, ale mój ociec wykorzystywał również swoją germańszczyznę w połączeniu z wymowną komunikacją mową ciała) :D. Nudno nie było.

Mówiłam, że taize nie do końca moje klimaty. Nie wiem, czy to się zmieniło. Ale myślę, że ten czas spotkania, konferencji czy chwile na modlitwę w ciszy były dla mnie wartościowe. No i radość z tego, że się udało – że zrobiliśmy razem coś fajnego, chociaż (niektórym 😉 ) wydawało się to na początku kompletnie niemożliwe… grzeje serduszko.

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: