Monthly Archives: February 2020

Ból Eskimosa jedzącego trawę

Zimowisko za nami. Sesja też za nami :D. Znaczy za mną. Aż człowiek nie wie, czym ma się zająć. Ale jeśli nie mam życia poza studiami i skautingiem, to chyba trochę patologia.

W każdym razie (jak już większość czytaczy pewnie wie), kiedy ustalałam termin zimowiska, coś kabelki w mózgu nie styknęły, magiczne słowo “zaliczenia” było jeszcze za siedmioma górami, za siedmioma lasami i jakiś miesiąc przed wyjazdem zdałam sobie sprawę, że… ojej. Że będzie zabawa.

Ooj, zabawa była.

Zaczęła się od wymyślania z Agą w piwnicy mojego instytutu zbrodni doskonałej. Rozprawiałyśmy właśnie w najlepsze o tym, że on ją zabił. Dlaczego? Niechcący. Pokłócili się. Bo ona była w gangu. A jej brat potem zabił jego. Ale czy to ma sens, że on go zabił? Przecież ludzie nie zabijają innych ot tak sobie. I właśnie wtedy mój prowadzący tup-tup zszedł sobie na dół, bo tam mikrofalówka. Usłyszał. I chyba zwątpił :D.

W każdym razie takie sytuacje są mobilizujące. Po pierwsze po wędrówce (i rozmyślaniach przedwędrówkowych) stwierdziłam, że trzeba te wszystkie zaliczenia z zimowiskiem Panu Bogu oddać, bo inaczej zwariuję, a w takim układzie odpadał mi przynajmniej stres. Poza tym rozłożyłam sobie 120 stron notatek do poniedziałkowego egzaminu na każdą wolną chwilę przed wyjazdem i jakoś powoli wszystko posuwało się do przodu. Aga też bardzo mi pomogła, dużo wzięła na siebie, więc mnie odciążyła. To jest w ogóle super, że wiem, że mogę ją poprosić o wszystko i się zgodzi, a nawet dorzuci od siebie więcej. Takiej przybocznej to ze świecą, czy coś ;). Przy nauce podtrzymywały mnie też na duchu jej wierszyki o kuzynie Szymonie i pytonie Tulisiu. A w kwestii drużyny jestem bardzo zadowolona z tego, że sporo dałam do przygotowania funkcyjnym. Mam wrażenie, że tak to właśnie powinno działać, to raz, a dwa, wyszło naprawdę dobrze. Ale po kolei.

Piątek, 16:45 – czas zbierać się na dworzec. Gdzie jest mój beret? Był. W szafie? Nie ma. Na wieszaku? Nie ma… Jeszcze raz w szafie – nie ma. Jeszcze raz na wieszaku? Nie no, nie ma. W drugiej połowie szafy? W drugiej szafie? W skautoszafce? Może w plecaku… (wypakowuję prawie cały plecak)? Nie ma. Święty Antoni? NIE MA. No dobrze, 17.00. Czas jechać. Nie ma, to nie ma. Co to za siara, drużynowa bez beretu. To się nie miało prawa zdarzyć, kompletny i prawidłowy mundur to coś, co u mnie jest zawsze. Jak to tak? [Spokojnie, Atram Trebusz, oddychaj, brak beretu to nie jest koniec świata. Powiesz harcerkom, że ci głupio, więc nie pomyślą, że olewasz i że tak można. Oddychaj. A teraz już do kroćset WYJDŹ].

Wiecie, co jest w mieście w piątek o 17.00? Korki.
Wiecie, co jest odpowiednikiem kreatywnej księgowości na drodze?
Kreatywne prowadzenie.
A wiecie, jaka jest odpowiedź świata na kreatywne prowadzenie?
Kreatywna policja z kreatywną interwencją.

Taaak. Więc owszem, tak właśnie było. Skręciliśmy, łamiąc przepisy. Usłyszałam włączający się kogut. I pomyślałam: o nie… “O nie” zaraz podjechało i kazało nam zatrzymać się na Włodkowica. A że “o nie” wzbudziło u mego rodziciela lekką irytację (tak to nazwijmy), ja nie pamiętam, kiedy ostatnio stresowałam się bardziej. Wyszłabym i poszłabym na dworzec, w sumie blisko było. Ale nie pozwolili. Więc siedziałam w aucie, próbując znaleźć x w równaniu “o nie”+”lekka irytacja”=x minut.

– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Marty. (Hej, sytuacja nieoczekiwana, nie wiem, czy zdążę na zbiórkę, nie wiem, czy zdążę na pociąg. Aga nie zdąży na zbiórkę, Aga zdąży na pociąg. Zimowisko się odbędzie, nie zapomniałyśmy. Jak nie zdążę na pociąg, wyślę Ci bilety mailem i do Was dojadę. Będę updatować”).
– Telefon do Judyty. (Hej, sytuacja nieoczekiwana, nie wiem, czy zdążę na zbiórkę, nie wiem, czy zdążę na pociąg. Aga nie zdąży na zbiórkę, Aga zdąży na pociąg. Zimowisko się odbędzie, nie zapomniałyśmy. Jak nie zdążę na pociąg, wyślę Marcie bilety mailem i do Was dojadę. Będę updatować”).
– Telefon do mamy. – Mamo, ratunku.
– Telefon do Agi. – Nie odbiera.
– Telefon do Oli. (Tata wraca do auta).
Ruszamy na dworzec. Zdążę na zbiórkę. Tata nie może znaleźć prawa jazdy. Aga oddzwania. Uspokajam tatę szukającego prawa jazdy i prowadzącego samochód. Uspokajam, sama dalej się trzęsąc <3. Na moje rzucone w przestrzeń “spokojnie”, Aga odpowiada, że jak najbardziej spokojnie :P.

Alleluja, zdążamy. Szybki telefon do Oli, żeby jej wyjaśnić, czemu dzwoniłam i czemu rozłączyłam się po 10 sekundach.
Nawet na zbiórkę zdążamy. A ja stwierdzam, że po takiej akcji na zimowisku nie wydarzy się już raczej nic gorszego, więc mogę spokojnie jechać. Harcerek jest 7, 9 osób w sumie, warunki kameralne.

Docieramy do Legnicy. Docieramy do schroniska. Ja w ciągu 40 minut podróży pociągiem już unormowałam oddech i puls. Szykujemy się do świeczyska, jemy kolację, dziewczyny szykują szyldy swoich biur detektywistycznych.

Świeczysko kreatywne :). Judyta okazała się podpalaczem akwarium, względnie zupy rybnej. U Jeża morderca z pewnym zdziwieniem przyznał po uporczywym szukaniu winnego, że w sumie prawda, to on sam jest winny. W scence Kraala sir Robert Johnson zgłosił się po pomoc do Sherlocka z dziwnym wężowym problemem. I gawęda. Dawno nie mówiłam, a cieszę się, kiedy wydaje mi się, że wychodzi. Aga mi podegrała na gitarce, więc fajny klimacik.

Sądu honorowego nie zrobiłyśmy. Przyrzeczenia na zimowisku jednak nie było. Trochę szkoda.

Kończenie rzeczy na grę, prysznic i spać. Aż trudno mi było uwierzyć, że kreatywna interwencja naprawdę wydarzyła się niecałe kilka godzin wcześniej.

Pobudka, spacerek z rozkładaniem gry, śniadanie, wyjście na Mszę, apel, Msza. Co prawda bez czytań. Ale za to w pierwszą sobotę miesiąca. Nie przewidziałam, że potrwa godzinę. A pisałam Basi, żeby była jednak 8.57 w Legnicy, bo pół godziny później może być trochę za późno…

Kiedy wróciłyśmy z kościoła przywitała nas gospodyni, informując, że sir Robert Johnson nie żyje. Trzeba uruchomić śledztwo w tej sprawie.

Poszłam na punkt z Basią, w przekonaniu, że mój jest w tę samą stronę. Tak, miałam mapę. Tak, zaliczyłam dłuższy spacer, po swoich śladach i jeszcze dalej. Ale zimowisko było tak bardzo zimowe, że siedziałam na punkcie prawie w krótkim rękawku i było mi ciepło.

Powrót, obiad, sjesta. A potem escape room i wzywanie Scotland Yardu. W escape roomie celem dziewczyn było odzyskać klucz do wyjścia. Klucz był w szafie. Szafa była zamknięta na kłódkę. W trzech innych pudełkach zamkniętych na 3 inne kłódki były 3 cyferki do kłódki głównej. W szafie oprócz klucza do drzwi była Aga :). Więc po pierwsze dostawałam sms-owy update z podpowiedziami, które mogły pomóc zastępowi, który właśnie kminił. A po drugie jak usłyszałam zbiorowy pisk, wiedziałam, że im się udało :D. (Potem przez cały dzień były tym ożywione i bały się wchodzić do pokoju kraala / bały się szaf -> ale to dobrze, bo zwykle są bardzo cicho… W niedzielę na drugim śniadaniu była właśnie taka cisza, że mi się żołądek kurczył. Nie lubię tak, kiedy jest sztywno, wiem, że jest sztywno, więc tym bardziej się stresuję i tym bardziej nic nie umiem na tę sztywność sytuacji poradzić. Ale była Ida, ona trochę próbowała 🙂 ).

Później jeszcze chwila na zebranie dodatkowych wskazówek i złożenie raportu, śpiewogranie i liturgistki zostały wyprawione z Agą do miejscowego super-proboszcza, który zaproponował, że wystawi nam do adoracji Najświętszy Sakrament w mniejszej salce, żebyśmy mogły mieć własną (w parafii jest wieczysta adoracja, ale w ciszy).
No więc byłyśmy na adoracji przed przyrzeczeniem, którą w całości ogarnęły liturgistki, chociaż przyrzeczenia nie było. Nie szkodzi w zasadzie. A od księdza dostałyśmy różańce i milion ulotek, a tylko poszłyśmy z Agą podziękować… 😉

Potem jeszcze kolacja, świeczysko (równie kreatywne), rady i spać. O rety, jaki to był wyczekiwany moment. Dziewczyny też bardzo się wczuły w przesłuchania świadków, aż czasem wprawiały nas w zakłopotanie, bo nie miałyśmy takiej wiedzy… A jako świadkowie powinniśmy ją mieć i to spójną.

Co do gry chciałam tylko dodać, że Watson w peruce i z wąsami był genialnym  Watsonem. Ja z kapeluszem i prawdziwą fajką czułam się profesjonalnym Sherlockiem Holmesem, a Basia miała super fartuszek :D.

Niedziela w zasadzie była spokojna. Pobudka, śniadanie, warsztaty z ekspresji (na których został wykorzystany przemytnik sztucznych szczęk), wyjście na Mszę. Była też chwila, żeby podejść do kaplicy cudu eucharystycznego, bo to ten kościół w Legnicy, co to właśnie tam.

Warsztaty moim zdaniem wyszły trochę drętwe, ale to dlatego chyba, że sama zwątpiłam w ich sens. A to jest przegryw na miejscu. W każdym razie dziewczyny miały się ucharakteryzować jedną osobę z zastępu tak, żeby mogła nie wzbudzając podejrzeń obserwować przez cały dzień sklep jubilera. Pojawiła się (świetnie zrobiona!) żebraczka, para zakochanych, który przyszli po obrączki, a potem przesiadywali w parku na ławeczce i nastolatka z książką.
W ramach drugiego zadania musiały zaaranżować sytuację, w której podejrzany z własnej woli wpuści ich do swojego domu – tutaj z kolei pojawili się świadkowie Jehowy oraz specjaliści ze spółdzielni od awarii gazu i wody.

Potem w zasadzie pakowanie, drugie śniadanie, apel (przed którym szukałam wstążeczek podobnie jak beretu przed wyjazdem – i też nie znalazłam) i kurs na dworzec. Właśnie wypakowuję plecak, więc może się znajdą. Tak, owszem, wiem, że jest środa. Tak, wróciłam w niedzielę. Ale teraz mam coś, czego nie miałam wcześniej ;). CZAS.

Aaa, tytułu nie wyjaśniłam :D.
My się z Agą porozumiewamy językiem o wysokim poziomie abstrakcji. I się rozumiemy, więc tym bardziej to lubię. Wiecie, jakie to miłe, znaleźć wariata o podobnej diagnozie, co twoja własna? W każdym razie w czasie zimowiska dowiedziałam się, że preferuje dietę eskimoską, znaczy raczej kanapki bez warzywek. A że nie chciałam wyrzucać warzywek z obiadu, a tego nie ogarnęłyśmy odpowiednio wcześniej, na 5 minut przed wyjściem Aga dojadała sałatę z moją małą pomocą. Czy teraz tytuł jasny? 😉

Uwaga: śnieg istnieje, a w czerwonej też zdarzają się przygody ;)

Dopadło mnie dziwne uczucie wolności, bo jutro nie mam żadnych zaliczeń. Żadnych. Więc skoro dopiero pojutrze wybieram się na dwa egzaminy, pomyślałam, że czas już na wędrówkowe reminiscencje, które czekają od dwóch tygodni.
[dygresja: żyłam w kłamstwie używając słowa reminescencje… nie istnieje, właśnie to odkryłam i opłakuję].

Dobrze było pojechać.
Niby było nas superdużo (szczególnie w dwa ogniska), ale z każdego tak +/- pół składu, więc jednak nie perfekcyjnie. W każdym razie miałam w tamten weekend w perspektywie dwa tygodnie zaliczeń w rytmie: codziennie-coś-albo-więcej-a-potem-zimowisko, więc wyjazd z ogniem uznałam za fenomenalną koncepcję i okazję do tego, żeby dać sobie trochę luzu.

Zaczęłyśmy w piątek i aż dziwne, że w drodze z dworca do Różanki nikomu nie przyszło do głowy, żeby śpiewać “w ciemności idziemy, w ciemności”. #Takbyło #niekłamię. Niby byłyśmy oblepione odblaskami, ale i tak jakoś bardziej pocieszała mnie myśl, że Panu Bogu się nie opłaca tylu szefowych jednostek wytracić, więc raczej nic w nas nie walnie. Chociaż, jakby się dobrze zastanowić, połowa jednak została w domach, więc jakieś tam prawdopodobieństwo istniało ;). Koniec końców po niecałej godzinie dotarłyśmy jednak szczęśliwie do parafii na miejsce noclegu. Podzieliłyśmy się na pokoje (pełna dowolność się nie sprawdziła i z mojej perspektywy dobrze… jednak co własne ognisko, to własne. Akeeelo, ja chcem żebyśmy były razem w pokoju ;)). Zrobiłyśmy kolację, odmówiłyśmy kompletę, a reszta wieczoru upłynęła w myśl hasła: róbta co chceta, byle grzecznie :P.
Więc grzecznie pogadałyśmy z Asią o pompejance, potem równie grzecznie odmówiły jej jedną trzecią, a następnie grzecznie dołączyłyśmy do Basi i Julki (i Oli?), które w międzyczasie przemknęły koło nas i weszły do kuchni, nie bardzo wiedząc, czy mogą i jak mają obejść stół, który od 10 minut zdrowaśmariuje. Potem kuchnia stała się centrum przytulania czajników (zzzzimno trrroszeczkę bbbyło), wymyślania sztuki “Smol i ci” i opowiadania historii ze smolcowych grup rodem (albo bezpośrednio z życia Smolca, kiedy pośrednictwo grupy facebookowej nie było potrzebne).

– Przepraszam, czy coś się stało, że zajęcia potrwały dzisiaj dłużej?
– Pani Małgorzato, czuję się źle potraktowana przez Państwa szkołę. Argument choroby prowadzącego nie przekonuje mnie.
– Bo on musiał sobie zjeść obiadek, bezczelny! 😮 [#szok_i_niedowierzanie]
Dowiedziałyśmy się też, dlaczego w salach zajęciowych potrzebne są termometry.

Na sobotę plan był w miarę jasny. Pobudka, śniadanie, wyjście w trasę, obiad, powrót, Msza, kolacja, warsztaty… A kiedy już wyszłyśmy, zobaczyłyśmy… ŚNIEG. Prawdziwy. Sypiący się z nieba :). I tak go przybywało i przybywało, a myśmy sobie tak szły i szły. I tylko stopniowo zmieniały się krajobrazy i partnerzy rozmów. W międzyczasie trwała też niemalże wieczysta spowiedź u hufcowej -> rozmowy na temat przyszłorocznych funkcji. Że tak powiem heh. Nie do końca wiedziałam, czy też mam się spowiadać, czy nie, skoro rozmawiałam o tym z Agą pod koniec grudnia przez jakieś 2 godziny.

Zabawa zaczęła się, kiedy próbowałyśmy rozpalić ognisko… Wspominałam, że śnieg padał? To dość ważny szczegół… Jak się można domyślić, szło nam dość opornie, chociaż testowałyśmy przeróżne wersje zapłonu. Tylko trudno jest utrzymać ogień, kiedy wszystko jest mokre, zapałki zaraz też będą, więc robisz co w twojej mocy, żeby jednak nie były, plujesz sobie w brodę, że to naprawdę super, że masz świeczkę, tylko dlaczego została na plebanii, sprawdzasz, ile masz chusteczek, przeliczasz je na prawdopodobieństwo utrzymania płomienia, poznawszy wynik, wywalasz wszystkie patyczki z kelly i próbujesz rozpalić je na nowo, potem w przypływie nadziei tworzysz ognisko z zapałek, licząc na to, że może chociaż ono się rozjara, następnie próbujesz szczęścia z kolejną koncepcją stosiku, tym razem głównie z papieru i chusteczek, które przetykasz patyczkami (które dalej są mokre, bo dalej pada śnieg), a później, kiedy w przypływie desperacji obszukałaś już kieszenie, znajdujesz woreczek z papierowymi flagami krajów, w których jest FSE, ale nie pomaga nawet to, że zdecydowałaś się wkroczyć na drogę przestępczą, bezczeszcząc symbole narodowe wielu krajów (Polska na koniec jako ostatnia deska ratunku).

Na szczęście ogniskiem-ogniskiem obok zajmowali się inni ludzie (między innymi Karo <3), więc tam ogień zapłonął (przydał się apteczkowy spirytus). Reszta grzała rączki, jak było trzeba, zbierała patyczki i próbowała nie zamarznąć (uruchomiłyśmy kółko fitness dla wszystkich cierpiących, bliskich zlodowacenia). Chciałam powiedzieć, że wzięcie rękawiczek na wędrówkę zimową było kolejnym dobrym pomysłem, który niestety nie przyszedł mi do głowy. Za to świetną koncepcją (uwaga: ironia) było umycie brudnych rąk śniegiem. Śnieg jest zimny. Wydawało mi się, że moje ręce też. Ale śnieg był jednak bardziej.

Powiem tyle: taki obiad smakuje jak dar niebios. “Panie Jezu, nasze życie, dziękujemy za przeżycie” :D.

W drodze powrotnej zaliczyłyśmy jeszcze obrzęd wędrowniczki Oli, przyjęcie do ogniska Edyty Martyny, ładne widoki, dużo śpiewania na końcu wycieczki i trasę zjazdową na sankach bez sanek w wykonaniu księdza. Fragmentu o naszym różańcu, który transmutował w koronkę i mnie zablokował śpiewająco, przez litość nie rozwinę. Niby nic wielkiego, ale jednak lekka żenada.

Po powrocie można było poprzytulać się do kaloryferów, a kiedy przyniosło to już pożądany efekt (i zjadłyśmy herbatę i wypiłyśmy ciastka… coś nie pykło, ale zostawię, why not xD), była godzina światła, a po niej śpiewogranie. Lubię. Szczególnie kiedy są takie piosenki, w które wkładasz dużo emocji i możesz je śpiewać pełną piersią, bo można w nie włożyć głos. I nawiązywać kontakt wzrokowy z innymi muzycznie radosnymi oczami. Czyżby… “Ukojenie”? Owszem, magia, taka sama jak dwa lata temu…

Aa, wcześniej Msza oczywiście (a w niedzielę Aga uratowała psalm! organista chciał zjeść zwrotkę “bo miała dużo krzyżyków” (…), ja nie miałam siły przebicia, a ona nie pozwoliła :D!).  I już w ciemności i śniegu mianowanie dwóch asystentek. A i owszem, bo na wędro były HR-ki. I super :).

Po kolacji warsztaty z komunikacji zasługują na co najmniej kilka podpunktów.
1) żółtoskóry murzyn – uchodźca, który stał się symbolem jednej z grup ❤
2) nasza radosna twórczość ze ściętym drewnianym walcem inspirowana życiem xD
3) doniczka z kwiatkiem ratująca życie ❤
4) zakładka do książki ratująca życie ❤
5) przemytnik sztucznych szczęk ❤ ❤
6) Basia w roli przemytnika sztucznych szczęk <3<3<3

Potem już tylko kompleta, silentium (fajnie bardzo, że było… nawet w domu o taką ciszę trudno, a tak człowiek dostaje cały wieczór na pomyślenie i pobycie z samym sobą, a gdyby chciał w tym czasie też gdzieś się przed Panem Bogiem schować, to nie bardzo ma gdzie, bo wszystkie pilne zajęcia zostawił w domu, ups xD ).

Niedziela już w zasadzie stadium powrotne, więc chyba nie ma co się rozpisywać. W pociągu Karo wygłosiła mi wykład indywidualny o żeglarstwie, ale im bliżej Wrocławia, tym bardziej mój mózg umierał. Niby spałyśmy, a jednak zbliżający się dom był dla mnie jakoś dziwnie sennogenny.

Wędro w każdym razie bardzo pozytywna. Mogę częściej, szczególnie przed sesją :).