Uwaga: śnieg istnieje, a w czerwonej też zdarzają się przygody ;)

Dopadło mnie dziwne uczucie wolności, bo jutro nie mam żadnych zaliczeń. Żadnych. Więc skoro dopiero pojutrze wybieram się na dwa egzaminy, pomyślałam, że czas już na wędrówkowe reminiscencje, które czekają od dwóch tygodni.
[dygresja: żyłam w kłamstwie używając słowa reminescencje… nie istnieje, właśnie to odkryłam i opłakuję].

Dobrze było pojechać.
Niby było nas superdużo (szczególnie w dwa ogniska), ale z każdego tak +/- pół składu, więc jednak nie perfekcyjnie. W każdym razie miałam w tamten weekend w perspektywie dwa tygodnie zaliczeń w rytmie: codziennie-coś-albo-więcej-a-potem-zimowisko, więc wyjazd z ogniem uznałam za fenomenalną koncepcję i okazję do tego, żeby dać sobie trochę luzu.

Zaczęłyśmy w piątek i aż dziwne, że w drodze z dworca do Różanki nikomu nie przyszło do głowy, żeby śpiewać “w ciemności idziemy, w ciemności”. #Takbyło #niekłamię. Niby byłyśmy oblepione odblaskami, ale i tak jakoś bardziej pocieszała mnie myśl, że Panu Bogu się nie opłaca tylu szefowych jednostek wytracić, więc raczej nic w nas nie walnie. Chociaż, jakby się dobrze zastanowić, połowa jednak została w domach, więc jakieś tam prawdopodobieństwo istniało ;). Koniec końców po niecałej godzinie dotarłyśmy jednak szczęśliwie do parafii na miejsce noclegu. Podzieliłyśmy się na pokoje (pełna dowolność się nie sprawdziła i z mojej perspektywy dobrze… jednak co własne ognisko, to własne. Akeeelo, ja chcem żebyśmy były razem w pokoju ;)). Zrobiłyśmy kolację, odmówiłyśmy kompletę, a reszta wieczoru upłynęła w myśl hasła: róbta co chceta, byle grzecznie :P.
Więc grzecznie pogadałyśmy z Asią o pompejance, potem równie grzecznie odmówiły jej jedną trzecią, a następnie grzecznie dołączyłyśmy do Basi i Julki (i Oli?), które w międzyczasie przemknęły koło nas i weszły do kuchni, nie bardzo wiedząc, czy mogą i jak mają obejść stół, który od 10 minut zdrowaśmariuje. Potem kuchnia stała się centrum przytulania czajników (zzzzimno trrroszeczkę bbbyło), wymyślania sztuki “Smol i ci” i opowiadania historii ze smolcowych grup rodem (albo bezpośrednio z życia Smolca, kiedy pośrednictwo grupy facebookowej nie było potrzebne).

– Przepraszam, czy coś się stało, że zajęcia potrwały dzisiaj dłużej?
– Pani Małgorzato, czuję się źle potraktowana przez Państwa szkołę. Argument choroby prowadzącego nie przekonuje mnie.
– Bo on musiał sobie zjeść obiadek, bezczelny! 😮 [#szok_i_niedowierzanie]
Dowiedziałyśmy się też, dlaczego w salach zajęciowych potrzebne są termometry.

Na sobotę plan był w miarę jasny. Pobudka, śniadanie, wyjście w trasę, obiad, powrót, Msza, kolacja, warsztaty… A kiedy już wyszłyśmy, zobaczyłyśmy… ŚNIEG. Prawdziwy. Sypiący się z nieba :). I tak go przybywało i przybywało, a myśmy sobie tak szły i szły. I tylko stopniowo zmieniały się krajobrazy i partnerzy rozmów. W międzyczasie trwała też niemalże wieczysta spowiedź u hufcowej -> rozmowy na temat przyszłorocznych funkcji. Że tak powiem heh. Nie do końca wiedziałam, czy też mam się spowiadać, czy nie, skoro rozmawiałam o tym z Agą pod koniec grudnia przez jakieś 2 godziny.

Zabawa zaczęła się, kiedy próbowałyśmy rozpalić ognisko… Wspominałam, że śnieg padał? To dość ważny szczegół… Jak się można domyślić, szło nam dość opornie, chociaż testowałyśmy przeróżne wersje zapłonu. Tylko trudno jest utrzymać ogień, kiedy wszystko jest mokre, zapałki zaraz też będą, więc robisz co w twojej mocy, żeby jednak nie były, plujesz sobie w brodę, że to naprawdę super, że masz świeczkę, tylko dlaczego została na plebanii, sprawdzasz, ile masz chusteczek, przeliczasz je na prawdopodobieństwo utrzymania płomienia, poznawszy wynik, wywalasz wszystkie patyczki z kelly i próbujesz rozpalić je na nowo, potem w przypływie nadziei tworzysz ognisko z zapałek, licząc na to, że może chociaż ono się rozjara, następnie próbujesz szczęścia z kolejną koncepcją stosiku, tym razem głównie z papieru i chusteczek, które przetykasz patyczkami (które dalej są mokre, bo dalej pada śnieg), a później, kiedy w przypływie desperacji obszukałaś już kieszenie, znajdujesz woreczek z papierowymi flagami krajów, w których jest FSE, ale nie pomaga nawet to, że zdecydowałaś się wkroczyć na drogę przestępczą, bezczeszcząc symbole narodowe wielu krajów (Polska na koniec jako ostatnia deska ratunku).

Na szczęście ogniskiem-ogniskiem obok zajmowali się inni ludzie (między innymi Karo <3), więc tam ogień zapłonął (przydał się apteczkowy spirytus). Reszta grzała rączki, jak było trzeba, zbierała patyczki i próbowała nie zamarznąć (uruchomiłyśmy kółko fitness dla wszystkich cierpiących, bliskich zlodowacenia). Chciałam powiedzieć, że wzięcie rękawiczek na wędrówkę zimową było kolejnym dobrym pomysłem, który niestety nie przyszedł mi do głowy. Za to świetną koncepcją (uwaga: ironia) było umycie brudnych rąk śniegiem. Śnieg jest zimny. Wydawało mi się, że moje ręce też. Ale śnieg był jednak bardziej.

Powiem tyle: taki obiad smakuje jak dar niebios. “Panie Jezu, nasze życie, dziękujemy za przeżycie” :D.

W drodze powrotnej zaliczyłyśmy jeszcze obrzęd wędrowniczki Oli, przyjęcie do ogniska Edyty Martyny, ładne widoki, dużo śpiewania na końcu wycieczki i trasę zjazdową na sankach bez sanek w wykonaniu księdza. Fragmentu o naszym różańcu, który transmutował w koronkę i mnie zablokował śpiewająco, przez litość nie rozwinę. Niby nic wielkiego, ale jednak lekka żenada.

Po powrocie można było poprzytulać się do kaloryferów, a kiedy przyniosło to już pożądany efekt (i zjadłyśmy herbatę i wypiłyśmy ciastka… coś nie pykło, ale zostawię, why not xD), była godzina światła, a po niej śpiewogranie. Lubię. Szczególnie kiedy są takie piosenki, w które wkładasz dużo emocji i możesz je śpiewać pełną piersią, bo można w nie włożyć głos. I nawiązywać kontakt wzrokowy z innymi muzycznie radosnymi oczami. Czyżby… “Ukojenie”? Owszem, magia, taka sama jak dwa lata temu…

Aa, wcześniej Msza oczywiście (a w niedzielę Aga uratowała psalm! organista chciał zjeść zwrotkę “bo miała dużo krzyżyków” (…), ja nie miałam siły przebicia, a ona nie pozwoliła :D!).  I już w ciemności i śniegu mianowanie dwóch asystentek. A i owszem, bo na wędro były HR-ki. I super :).

Po kolacji warsztaty z komunikacji zasługują na co najmniej kilka podpunktów.
1) żółtoskóry murzyn – uchodźca, który stał się symbolem jednej z grup ❤
2) nasza radosna twórczość ze ściętym drewnianym walcem inspirowana życiem xD
3) doniczka z kwiatkiem ratująca życie ❤
4) zakładka do książki ratująca życie ❤
5) przemytnik sztucznych szczęk ❤ ❤
6) Basia w roli przemytnika sztucznych szczęk <3<3<3

Potem już tylko kompleta, silentium (fajnie bardzo, że było… nawet w domu o taką ciszę trudno, a tak człowiek dostaje cały wieczór na pomyślenie i pobycie z samym sobą, a gdyby chciał w tym czasie też gdzieś się przed Panem Bogiem schować, to nie bardzo ma gdzie, bo wszystkie pilne zajęcia zostawił w domu, ups xD ).

Niedziela już w zasadzie stadium powrotne, więc chyba nie ma co się rozpisywać. W pociągu Karo wygłosiła mi wykład indywidualny o żeglarstwie, ale im bliżej Wrocławia, tym bardziej mój mózg umierał. Niby spałyśmy, a jednak zbliżający się dom był dla mnie jakoś dziwnie sennogenny.

Wędro w każdym razie bardzo pozytywna. Mogę częściej, szczególnie przed sesją :).

 

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: