***

Patrz, wędrowiec idzie samotnie przez ciemność. To nie odwaga wejścia w noc sprawiła, że trafił na szlak. Po prostu szedł. Szedł tak od zawsze. Szedł, odkąd pamięta.
Idzie drogą wśród pól. Wcześniej, za dnia, mijał stogi skoszonego siana. Mijał pełne kwiatów jabłonie, przecinał pachnące łąki. Mijał niezliczone ilości chabrów i maków. Przelatywały koło niego skowronki, przelatywały piecuszki i pierwiosnki. On na niewiele zwracał uwagę. Jego zadaniem było po prostu iść. A skoro tak, po prostu szedł.

Patrz, wędrowiec idzie samotnie przez noc. Nie wyruszył teraz. Szedł, ciągle szedł, aż słońce ogrzewające letni świat wokół schowało się za horyzont. To nie odwaga wejścia w noc sprawiła, że trafił na szlak. Idzie zatopiony w ciepłych barwach ciemności. Nie w czerni. W granacie. Nie zna nazw kolorów, żeby mógł je opisać. A jednak to ciemne niebo jest niezwykle piękne i otula go. Chmury oświetlone to białawym, to znów żółtym światłem, o którym nie wiadomo, skąd pochodzi, układają się w różne kształty. Między odcienie nocnego nieba wplata się fiolet w odcieniach wrzosów i lawendy. Wędrowiec idzie, a coś jakby budziło się w jego sercu. Coś jakby szykowało się do zmartwychwstania, choć on nie zauważył jeszcze, że wcześniej zmarło.

Noc jest ciepła, tak jak był i dzień. Pachnie rozmarynem i macierzanką, grają koniki polne. Wędrowiec idzie sam. Idzie wciąż naprzód, pewien, że widzi wszystko. Skoro zaś wie, że widzi wszystko, jakże mogłoby istnieć coś, czego by nie widział?

Wędrowiec idzie w pustkę.

Zobacz, okruch gwiazdy spadł w noc. Nie jeden, a tysiące. Nie tysiące. Miliony. Więcej ich niż było chabrów i maków. Ale wędrowiec ich nie widzi, tak, jak nie widział chabrów i maków. Depcze okruchy światłości, tak dufny i zapatrzony w swoje zadanie, by iść. Tylko iść. Pola wyglądają jak odbicie nieba. Każda gwiazda z nieba na ziemi ma sobie bliźniaczą, nie brak żadnej. Nikt, kto patrzył, nie widział nigdy cudowniejszego widoku.

Patrz, ktoś pojawił się na drodze wędrowca. Dziwna postać łagodnie uśmiechniętego starca, który zbiera do worka okruchy gwiazd.

– Kim jesteś? – pyta wędrowiec zaskoczony, bo po raz pierwszy od dawna dostrzegł drugiego człowieka.
– Zbieram okruchy miłości.

Wtedy wędrowiec zdał sobie sprawę, że nie miał do tej pory otwartych oczu. Nagle zaczął widzieć, znów widzieć, leżące u jego stóp okruchy gwiazd. Nie chciał przejść obojętnie obok żadnej, którą mijał, a było ich tak wiele…

– Co można zrobić z okruchami miłości? – zapytał mędrca.
– Tkaj z nich siebie samego.
– Ach, ale tak długo szedłem, nie widząc! Co z tymi wszystkimi gwiazdami, które pozostały za mną?
– Jeszcze daleka droga przed tobą i zobacz, jak wiele gwiazd – odpowiedział starzec, rozglądając się wokół. – To prawda, niektóre świecą słabiej, inne bardzo mocno. Ale jeśli będziesz starał się je dostrzegać, prędko nauczysz się cieszyć każdą. Będziesz ich widział coraz więcej, przyjmował coraz łatwiej. Czuwaj! Czy pamiętasz jeszcze, że uczta czeka na końcu drogi?

Znalezione obrazy dla zapytania: van gogh starry night

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: